Benetint, czyli parę słów o tym, dlaczego nie lubię tintów ;)

20:38 , , 9 Comments


O tym, że drogie nie zawsze znaczy idealne, wiadomo nie od dziś. Dziś pora na recenzję produktu, który niestety się wpisuje w to stwierdzenie - bohaterem mojego wpisu będzie słynny Benetint z Benefit.


Benetint ma pojemność 12,5 ml, przy czym jego koszt jest dość wysoki - w Sephorze kosztuje 149 zł. Opakowanie produktu przywodzi na myśl lakier do paznokci - podobny kształt, niezbyt duży pędzelek.


Kolor Benetintu w opakowaniu może przerażać, po nałożeniu jednak okazuje się, że nie jest aż tak mocny i wyrazisty, a raczej wręcz przeciwnie - efekt jaki uzyskujemy, jest dość lekki i delikatny. Benetint dość dobrze się rozprowadza, ładnie stopniuje, choć oczywiście może sprawiać problemy podczas nakładania na policzki, zwł. jeśli ktoś do tej pory rzadko miał do czynienia z tego typu produktami.


Używany do podkreślenia ust, Benetint wypada średnio - lubi je wysuszać, kolor dość szybko z nich schodzi. W przypadku tego produktu, mamy wręcz zagwarantowane podkreślenie każdej suchej skórki, więc jeśli nie posiadacie idealnie wypielęgnowanych ust, możecie się lekko zawieść... Na policzkach Benetint sprawuje się już lepiej - daje naturalny, lekko zaróżowiony efekt, który może nie wytrzymuje wyjątkowo długo, niemniej schodzi równomiernie. Przy zastosowaniu na policzki, warto jednak pamiętać, że produkt ten dość szybko zasycha, stąd nakładanie go pędzelkiem może być nieco ryzykowne...


Benetint utwierdził mnie w przekonaniu, że tinty to jednak nie moja bajka. Wcześniej miałam już okazję używać Stainiac z The Balm, który był w moim odczuciu bardzo średni, produkt Benefitu niestety również nie podbił mojego serca... Zdaję sobie sprawę, że Benetint ma całe grono wielbicielek, ja jednak do nich nie należę, a co się z tym wiąże - raczej nie polecam, za taką cenę nie warto ;)


Anna Apolonia

Some say he’s half man half fish, others say he’s more of a seventy/thirty split. Either way he’s a fishy bastard.

9 komentarze: