Najlepszy puder sypki, jaki znam. Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder

W ostatnim czasie przestał mi towarzyszyć szał makijażowy. W zasadzie ciągle sięgam po sprawdzone produkty, jest więc porządnie i nudno zarazem... I wczoraj właśnie, malując się, doznałam swoistego olśnienia - na blogu wciąż brakuje recenzji kosmetyku, który uważam za moje największe odkrycie bieżącego roku! Dlatego też dziś zapraszam Was na post (albo raczej pean ;)) dotyczący najlepszego pudru sypkiego, jaki znam.


Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder to produkt drogi, ale zarazem pokaźny objętościowo i naprawdę wydajny. Opakowanie, kosztujące w Douglousie 215 zł (obecnie przeceniony jest na 159) zawiera 29 gram produktu, który starcza na naprawdę długo - swój egzemplarz kupiłam na początku marca i przy codziennym użyciu udało mi się wykończyć dopiero połowę. Puder zamknięty jest w dość elegankim i solidnym opakowaniu, dobrze się dozuje, a w zasadzie jedynym minusem, który tu widzę jest brak dołączonej gąbeczki (lub puszka), której przy tej cenie raczej oczekuję.


Puder ten jest bardzo dobrze zmielony i wręcz aksamitny w dotyku. Nie pyli się, dobrze "łapie" włosie pędzla, czy też beauty blendera, którym najczęściej go nakładam. Na twarzy jest faktycznie transparentny, przy czym należy zauważyć, że w żadnym stopniu nie bieli, ani nie rozjaśnia podkładu. Sekret prawdopodobnie tkwi w jego kolorze - w przeciwieństwie do innych pudrów transparentnych, nie jest biały, a lekko beżowy.


Moje pierwsze odczucie po zastosowaniu tego produktu, można wyrazić zdaniem "kurcze, znów utopiłam tyle kasy w bublu". Początkowo bowiem skłaniałam się do aplikacji przy użyciu zwykłego okrągłego pędzla do pudru. Po przeczytaniu kilku internetowych opinii, spróbowałam go nałożyć z wykorzystaniem nawilżonego beauty blendera i oto stał się cud - kosmetyk ten przepięknie stopił się ze skórą i utrwalił podkład na długie godziny.


Za co kocham Loose Setting Powder? Przede wszystkim za efekt, który określiłabym jako bardzo naturalny, a zarazem z lekka "photoshopowy" ;) Puder ten bowiem pięknie wygładza wszelkie zmarszczki mimiczne (jest idealny do utrwalenia korektora pod oczami), optycznie ujednolica skórę i lekko kamufluje niedoskonałości. Trzyma się na mojej mieszanej skórze naprawdę długo i świetnie współpracuje przy tym z większością podkładów, czy kremów bb. Nie wchodzi w pory, nie robi z twarzy "ciasteczka", po prostu daje lekki i świeży efekt.

Jeśli macie problem ze znalezieniem pudru idealnego, to ten polecam Wam z całego serca. Moim zdaniem jest naprawdę wart swojej ceny, która zresztą, jeśli weźmiemy pod uwagę jego wydajność, nie jest już aż tak zaporowa. Podkreślę raz jeszcze - jest to zdecydowanie najlepszy puder sypki, jaki znam.

Mój mały hit :) MUFE Sculpting Kit

MUFE to moje zdecydowane odkrycie tego roku. Mam co prawda tylko kilka produktów tej marki, niemniej ze wszystkich jestem naprawdę zadowolona. Dziś pora na kolejną perełkę MUFE w mojej kolekcji, czyli zestaw do konturowania.


Make Up For Ever Sculpting Kit nr 1 to produkt, który który udało mi się upolować w TkMaxx, w cenie stosunkowo niskiej bo ok. 13€. Zestaw ten, przeznaczony do konturowania składa się z dwóch kompaktowych pudrów, zamkniętych w całkiem zgrabnym i solidnym plastikowym opakowaniu z dość dużym lusterkiem. Niestety (albo może i na szczęście ;)) nie został tu dołączony żaden pędzel; osobiście najczęściej używam do nakładania tego produktu miękki, syntetyczny pędzel do konturowania z Primarka.


Sculpting Kit MUFE zauroczył mnie dwoma rzeczami. Po pierwsze, oba pudry wchodzące w jego skład, są całkowicie bezdrobinkowe, pozwalają więc na uzyskanie naturalnego efektu i są wręcz idealne w codziennym makijażu. Po drugie, podobnie jak przy szminkach MUFE (o których pisałam TU i TU), jestem zauroczona trwałością. Gdyby wszystkie moje kosmetyki chciałyby trzymać się tak długo na twarzy, jak ten, byłabym po prostu w makijażowym raju ;)


W omawianym produkcie podoba mi się jeszcze fakt, że jest idealnie zmielony, odpowiednio napigmentowany (niezbyt mocno, ale i nie za słabo) i niesprawiający problemów podczas aplikacji i rozcierania. Mniej podoba mi się kolorystyka - w przypadku jaśniejszego wkładu mam wrażenie, że jest on nieco zbyt różowy, w przypadku ciemniejszego mogłabym się przyczepić do tego, że jest stosunkowo ciepły... Niemniej kolor, jaki powstaje po ich zmieszaniu jest wręcz idealnym odcieniem bronzera dla mojej karnacji - lekkiego i naturalnego, a jednak wciąż ładnie modelującego rysy twarzy.


Gdybym miała wymienić jedną wadę MUFE Sculpting Kit wskazałabym na... dostępność, a raczej jej brak. Wydaje mi się, że odcnień nr 1 został aktualnie wycofany z Sephory, ze znalezieniem tego produktu mogą być więc problemy. Jeśli jednak jakimś cudem natkniecie się na ten zestaw w TkMaxx, czy innym miejscu - łapcie go, bo jest to naprawdę dobry kosmetyk kolorowy, który powinien przypaść do gustu większości kobiet o jasnej karnacji, które cenią naturalny efekt w makijażu ;)


Anthelios razy dwa, czyli ulubieniec i... bubel z La Roche-Posay

Wreszcie wracam do żywych po ostatniej chorobie. Na dobry początek przychodzę do Was z recenzją dość dziwną, bo zawierającą w sobie dwa produkty, o prawie identycznej nazwie, z których jeden jest moim zdecydowanym hitem, a drugi... zwyczajnym bublem.


Od dłuższego czasu staram się regularnie stosować filtry przeciwsłoneczne, nie tylko latem, ale w ciągu całego roku. Przebrnęłam przez kilka różnych firm, wreszcie trafiając produkty z linii Anthelios XL La Roche-Posay.


Jako pierwszy w moje ręce wpadł Ultra lekki fluid o SPF50+. Przystępując do jego testów spodziewałam się delikatnego krycia, którego jednak w tym przypadku praktycznie nie doświadczyłam. Anthelios w tej wersji okazał się być niemal bezbarwny na skórze, skuteczny pod względem ochrony i naprawdę fajny w aplikacji. Ma on dość wodnistą formułę, jest lekki, rozprowadza się bardzo przyjemnie, szybko wchłaniając,a zarazem pozostawiając wrażenie lekkiego nawilżenia. Nie bieli, nie powoduje wzmożonego świecenia cery, a wręcz lekko ją matuje, sprawia, że wygląda ona po prostu lepiej, nieco satynowo i zdrowo. U mnie sprawdza się świetnie jako baza pod inne produkty, nie wpływa bowiem na ich trwałość, ani na wykończenie. W luźniejsze dni lubię go nakładać solo. Po miesiącu stosowania tej wersji, postanowiłam na wszelki wypadek kupić drugie opakowanie i zabrać ze sobą na wakacje. W ramach testów wrzuciłam do koszyczka inną wersję Antheliosa...


Żel- krem matujący SPF 50+, w przeciwieństwie do Ultra lekkiego fluidu okazał się... potworkiem. O ile w kwestii ochrony przeciwsłonecznej nie mogę mu nic zarzucić, o tyle efekt, jaki daje na skórze jest po prostu straszny. Przede wszystkim produkt ten ma co najmniej dziwną konsystencję, która "ślizga się" po skórze i nie pozwala na ładne rozprowadzenie ani palcami, ani żadnym przedmiotem do tego przeznaczonym. Na twarzy pozostają mało estetyczne smugi, które na dodatek posiadają okrutny, pomarańczowy odcień brązu. Solo wygląda to okropnie, z kolei pod żadne inne produkty zwyczajnie się nie nadaje - sprawia, że podkłady się zwyczajnie warzą i dramatycznie błyszczą. Co do jego właściwości matujących też mam pewne zastrzeżenia - zarówno nałożony samodzielnie, jak i przypudrowany, po dość krótkim czasie zaczyna się błyszczeć i punktowo ścierać. Robi po prostu wszystko to, czego nie powinien.



Jakim cudem oba te produkty pochodzą z tej samej serii? Nie wiem. W każdym razie cieszę się, że zaczęłam swoją przygodę od Ultra lekkiego fluidu, gdybym bowiem najpierw trafiła na Żel-krem matujący, pozostałe Antheliosy przekreśliłabym z góry. Mimo że jeden z omawianych produktów stał się dla mnie zdecydowanym ulubieńcem w kategorii kosmetyków przeciwsłonecznych, myślę, że po raz kolejny nie podejmę ryzyka i na inne kosmetyki z tej serii się nie skuszę, zwłaszcza, że wszystkie Antheliosy mają ceny zaczynające się od około 60 zł. A to dużo za dużo, by ryzykować kolejnego bubla.

Blogowe podsumowanie września 2017

Jeśli ktoś się zastanawia, gdzie zaginęłam i dlaczego od kilku dobrych dni nie daję znaku życia, to odpowiem po prostu - rozchorowałam się. By było zabawniej rozchorowałam się będąc w Holandii, najpierw mierząc się z bólem gardła i z gorączką, a obecnie z zapaleniem zatok...


Nie będę się więc dziś rozwodzić szczególnie, a jedynie w kilku słowach podsumuję ubiegły miesiąc. Na blogu pojawiło się moim zdaniem zbyt mało postów, choć statystyka twierdzi, że było całkiem okey ;) Zakupowo trzymałam się dobrze, bo po prostu dawno nie miałam już większej zachcianki kosmetycznej. Czym to jest spowodowane - nie wiem, ale póki co po prostu cieszę się z małej ilości wydatków i dużej liczby pustych opakowań - denkowanie idzie mi ostatnio świetnie ;)

Tradycyjnie już, zostawiam Was teraz z listą postów z ostatniego miesiąca.  Tymczasem, wracam do łóżka marząc o tym, by jutro poczuć się choć trochę lepiej. Mam nadzieję, że dla Was początek jesieni okazał się łaskawszy ;)

1. Blogowe podsumowanie sierpnia 2017
2. Kolejny bubelek... Olejek do demakijażu Lierac
3. Kosmetyczni ulubieńcy wakacji 2017
4. Moja kolekcja szminek MAC :)
5. Biżuteryjnie... Delikatna i piękna. Pandora Essence
6. Sekrety urody babuszki. Krótka recenzja książkowa

Sekrety urody babuszki. Krótka recenzja książkowa

Po przeczytaniu "Sekretów urody Koreanek" byłam zachwycona i mocno zainspirowana. Jakiś czas temu w moje ręce wpadła kolejna książka tego typu, tym razem bazująca na słowiańskich sposobach dbania o urodę ;) Dziś zapraszam na krótką recenzję książkową ;)


Książka "Sekrety urody babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji" autorstwa Raisy Ruder oraz Susan Campos to - najkrócej mówiąc - zbiór przepisów, bazujących w większości na naturalnych składnikach, łatwych do odnalezienia w domu. Forma książki ma przypominać stary zielnik, szata graficzna obiektywnie jest całkiem ładna, przepełniona subtelnymi rysunkami najróżniejszych roślin. "Sekrety urody babuszki" mają nieco ponad 300 stron, niemniej czyta się je bardzo szybko, choć moim zdaniem zdecydowanie gorzej niż wspomnianą pozycję dotyczącą pielęgnacyjnych trików rodem z Korei.



"Sekrety urody babuszki" składają się z 15 rozdziałów, w ramach których, poza dość sztampowymi wstępami, otrzymujemy liczne przepisy, opatrzone oczywiście dokładną listą składników i przewidywanym czasem wykonania. Większość z nich jest dość łatwa do przygotowania i niezbyt rozbudowana pod względem ilości wykorzystanych produktów. W tym miejscu muszę zwrócić uwagę, że wśród ulubionych składników babuszki pojawiają się ziemniaki, wódka, mleko, oliwa i jajka, a wśród niezbędnych: woda mineralna, witamina E, zielona herbata, miód, maślanka mąka i olej migdałowy. Dodatkowo warto zauważyć, że porady i przepisy są w pewnym stopniu zróżnicowane w zależności od wieku, część przeznaczona jest dla nastolatek, część dla kobiet dojrzałych.



Po tym dość krótkim opisie, muszę stwierdzić, że... jestem zawiedziona i nieco znudzona tą książką. W zasadzie nie znalazłam w niej nic szczególnie frapującego, po prostu nic ponad to, co możemy znaleźć na blogach promujących naturalną pielęgnację, czy też dowiedzieć się od włsnej mamy lub babci. Może dla osób z innego kręgu kulturowego, ta pozycja może okazać się fenomenem (tak jak koreańska pielęgnacja u nas), dla mnie jednak jest po prostu kolejnym głupim wydatkiem, na który skusiłam się pod wpływem impulsu. Wiem oczywiście, że zbiera ona całą masę dobrych recenzji, niemniej moim zdaniem może być naprawdę pomocna tylko, jeśli zaczynacie eksperymenty z kuchennymi składnikami.

Biżuteryjnie... Delikatna i piękna. Pandora Essence

W czasie, gdy Pandora szturmem podbijała kolejne blogi, ja pozostawałam niewzruszona. Duże, ciężkie, przepełnione srebrnymi charmsami bransoletki nie wydawały mi się zbyt atrakcyjne, a do tego powalały cenami... Sytuacja zmieniła się w czerwcu, gdy na 30-te urodziny dostałam cieniutką bransoletkę i kilka koralików, utrzymanych w błękitnej tonacji. Tak zaczęła się moja miłość do nieco mniej popularnej serii Pandory, czyli do Essence ;)


Essence, to stosunkowo nowa seria biżuterii modułowej, która od tradycyjnej Moments odróżnia się filozofią i ogólnie pojętą estetyką. Essence, w zamyśle ma prezentować nasze wartości, podczas gdy Moments stworzona została w celu przedstawienia wspomnień, hobby etc. Przyznaję, że o ile budowanie własnej historii przy użyciu "tradycyjnych" charmsów jest moim zdaniem całkiem fajnym pomysłem, o tyle komponowanie bransoletek Essence w oparciu o wartości, ukazane w totalnie abstrakcyjny sposób, jest już mniej ciekawe...


Essence jest jednak bardzo fajną opcją dla osób lubiących biżuterię elegancką i subtelną. Charmsy są tu identycznych rozmiarów, w większości mają też kulisty kształt. W środku charmsów znajdują się silikonowe wkładki, które nie pozwalają koralikom na samodzielne przesuwanie się po bransoletce, a zarazem nie wymagają od nas uciążliwego "skręcania" całości. W moim odczuciu, bransoletki (i naszyjniki) z tej serii, najlepiej wyglądają w wersji minimalistycznej, czyli ozdobione jedną, dwoma lub trzema kulkami jednocześnie, większa ilość daje już zbyt ciężkie wrażenie.


Od wejścia Essence do asortymentu Pandory w 2013 roku, pojawiło się oczywiście kilka kolekcji, różniących się wykorzystanym materiałem, a zarazem powielających przypisane wartości. Moim zdaniem najciekawsze były pierwsze koraliki, w większości stworzone z kamieni naturalnych, na dzień dzisiejszy słabo dostępne. Charmsy, w których pierwsze skrzypce grają cyrkonie, nie przekonują mnie zbyt szczególnie i w zasadzie na żaden tego typu nie mam ochoty. Do najnowszej kolekcji, stworzonej w oparciu o różowe złoto, mam póki co mieszane uczucia ;)


Jedną z podstawowych zalet Essence jest to, że w zasadzie każde, dowolne połączenie daje fajne efekty. Na chwilę obecną mam 9 koralików, które komponuję w zależności od samopoczucia, oraz... ubioru. Większość z nich jest już obecnie wycofana, niemniej prawie wszystkie da się jeszcze dorwać w outlecie Pandory, który znajduje się w Piasecznie. Część z nich można dostać także zagranicą.

A co dokładnie znajduje się w mojej kolekcji?

Pandora Essence: Zdrowie, Nadzieja, Lojalność

Zdrowie (srebro) - wycofany charms, o prostej, choć ciekawej formie, idealnie komponujący się chyba z każdą z pozostałych kuleczek ;)

Nadzieja (mleczny kwarc) - wycofany charms, o mlecznobiałej barwie, świetnie grający z całą resztą, nadający dowolnej kompozycji bardziej eleganckiego, wysublimowanego look'u.

Lojalność (akwamaryn) - jasnoniebieski, wycofany charms, który lubię łączyć z powyższą nadzieją.

Pandora Essence: Współodczuwanie, Duchowość, Cierpliwość

Duchowość (kryształ) - jedyny syntetyczny kryształ Essence, jaki posiadam. O ile w tym przypadku materiał średnio mnie cieszy, o tyle kolor uwielbiam i łączę w zasadzie ze wszystkimi pozostałymi ;)

Cierpliwość (agat) - błękitny, na wpół przezroczysty charms (choć zdarzają się też wersje nietransparentne), który pięknie wygląda w świetle dziennym. Jeden z moich ulubieńców, niestety również niedostępny już w regularnej sprzedaży.

Pandora Essence:Optymizm, Pasja, Duchowość

Optymizm (żółty kwarc) - wycofany charms, przezroczysty, o żółtym kolorze. Lubię łączyć go z Pasją i Duchowością, otrzymując w ten sposób prawie mondrianowskie kompozycje ;)

Pasja (syntetyczny rubin) - dostępny w regularnej sprzedaży koralik, półprzezroczysty, o nasyconym kolorze. Piękny, choć szkoda, że nie naturalny ;)

Pandora Essence: Pomyślność, Nadzieja, Współodczuwanie



Pomyślność (awenturyn) - piękny, zielony i - niestety - po raz kolejny niedostępny koralik, wykonany z rzadkiej odmiany kwarcu. Zdjęcia niestety nie ukazują głębi koloru - na żywo jednak jest po prostu cudowny.

Współodczuwanie (kwarc dymny) - niedostępny, brązowy, półtransparentny charms. Świetnie się prezentuje w zestawieniu z Nadzieją i Duchowością, Współodczuwaniem lub Pasją ;). Podobnie jak Pomyślność, kiepsko prezentuje się na zdjęciu, w rzeczywistości wygląda o niebo lepiej.


Przyznaję, że to chyba nie koniec moich chciejstw z kolekcji Essence. Marzy mi się skompletowanie wszystkich kamieni półszlachetnych, czyli dodanie do powyższego zbiorku Miłości wykonanej z kamienia księżycowego, Troskliwości z różowego kwarcu, Siły z czarnego spinela oraz Pozytywnego Nastawienia z magnezytu. Ta czwórka jednak wciąż jest dostępna w regularnej sprzedaży (i w regularnych cenach...), więc póki co poczekam na jakąś przyjemną promocję lub zimową wyprzedaż ;)


Moja kolekcja szminek MAC :)

Dzisiejszy post pewnie udowodni dwie rzeczy. Po pierwsze - moją miłość do szminek MAC, po drugie - nieumiarkowanie w zakupach kosmetycznych powiązane z czasowym brakiem poczytalności...  Nie przedłużając, zapraszam na małą prezentację i swatche... 21 pomadek MAC ;)


Widoczny na poniższych zdjęciach zbiorek, tworzyłam dość długo. Moja miłość do MACzkowych szminek zaczęła się bodajże w 2014 roku, kiedy w moje ręce wpadła pierwsza pomadka tej firmy, czyli Patisserie.


Na chwilę obecną szminki MAC totalnie zdominowały moją kosmetyczkę, towarzyszą im jedynie jakieś pojedyncze egzemplarze MUFE, Golden Rose i KIKO. Szminki, które postanowiłam Wam dziś pokazać, podbiły moje serce naprawdę pięknymi odcieniami, świetną jakością i przyjemnym zapachem. Lubię je również za opakowania, które są dość eleganckie i porządnie wykonane.


W swojej kolekcji mam ponad 20 kolorów, o pięciu różnych wykończeniach. Moim faworytem zdecydowanie są szminki typu Creemsheen oraz Matte, z kolei najmniej polubiłam się jak do tej pory z Frostami.

W ramach dzisiejszego postu, postanowiłam moje MACzki pogrupować kolorystycznie. Zdecydowałam, że nie będę ich opisywać, by nie tworzyć postu giganta. Przy każdej z grup wskażę  jedynie subiektywnych faworytów i niewypały, a także podlinkuję recenzje tych kolorów, którym zdążyłam już poświęcić osobne posty.

Zaczynajmy! ;)


Plumful (Lustre)    Recenzja: Soczyście... MAC Plumful 
Russian Red (Matte)   Recenzja: MAC Russian Red. Czy na pewno warto? 
Lustering (Lustre) 
Vegas Volt (Amplified) 
Costa Chic (Frost) 
Viva Glam Nicki (Satin)  

Z powyższej piątki moim zdecydowanym faworytem jest zrecenzowana już Plumful. Najmniej kocham w tej grupie Costa Chic, która moim zdaniem wygląda z lekka kiczowato.


Modesty (Creemsheen)    Recenzja: Ulubiona... MAC Modesty Lipstick :) 
Cherish (Satin) 
Cozy Up (Matte) 
Shy Girl (Creemsheen)    Recenzja: Shy Girl.. czyli nowa pomadka MAC w mojej kolekcji :) 
Peachstock (Satin) 
Myth (Satin)

W tej grupie nie mam konkretnego ulubieńca, co - jak można się domyślić - wynika z faktu, że kocham w zasadzie wszystkie tego typu nudziaki. Jednak mogę tu wskazać kolor, który nie do końca mi odpowiada, czyli Myth - bez kredki, pozwalającej na lekkie zaznaczenie i przyciemnienie ust, nie jestem w stanie wyjść w niej do ludzi; jest to bowiem odcień bardzo jasny, dający efekt "korektora na ustach".


Creme In Your Coffee (Creemsheen) 
Taupe (Matte) 
Creme Cup (Creemsheen)    Recenzja: Szminkowo... MAC Creme Cup 
Angel (Frost) 
Peach Blossom (Creemsheen)    Recenzja: Brzoskwiniowe usta? MAC Peach Blossom :)

W tej piątce wyróżnić muszę zdecydowanie Creme Cup i Angel, jako kolory pięknie prezentujące się niezależnie od pory roku, wykonanego makijażu oczu, opalenizny etc. ;) Są one bardzo do siebie zbliżone i powiem szczerze - nie warto inwestować w oba, choć z drugiej strony, są (przynajmniej przeze mnie) na tyle często używane, że raczej się nie zmarnują ;) Najmniej z tego zestawu używam Taupe - jako dość ciemny, czekoladowy brąz, nie zawsze mi odpowiada i nie zawsze pasuje do okazji/resztu makeup-u.


Rebel (Satin) 
Heroine (Matte) 
Candy Yum-Yum (Matte) 
Saint Germain (Amplified)    Recenzja: Szminka lalki Barbie? MAC Saint Germain

Ta, na szczęście niewielka grupka, to zdecydowany dowód na czasową niepoczytalność mojej osoby. W zasadzie lubię i używam jedynie Candy Yum-Yum, w pozostałej trójce albo źle się czuję (Rebel), albo wyglądam jak świr (Saint Germain), tudzież... zwłoki (Heroine).


I to już prawie wszystkie szminki MAC, jakie posiadam ;) Prawie, bo w mojej kosmetyczne znaleźć można też małą paletkę z trzema odcieniami, które jednak już swego czasu Wam pokazywałam ;) (dla zainteresowanych recenzja TUTAJ). Dajcie znać, czy któryś z kolorów wpadł Wam w oko, i czy chciałybyście zobaczyć którą z powyższych pomadek na ustach, w ramach kolejnej recenzji ;)