Tanie i dobre kosmetyki pielęgnacyjne, które kupuję regularnie od kilku lat ;)

Powoli zbieram się do zrobienia kolejnego postu denkowego. Przeglądając puste opakowania, które udało mi się zgromadzić na potrzeby tego wpisu, doszłam do wniosku, że są wśród nich produkty, pojawiające się w mojej łazience w zasadzie non stop. Części z nich nigdy nie poświęciłam większej uwagi na blogu, bo nie wydają mi się aż tak interesujące, niemniej chyba warto o nich wreszcie tu wspomnieć.


REXONA
Od kilku dobrych lat, w zasadzie od czasu studiów, Rexona jest moim zdecydowanym faworytem wśród antyperspirantów. Przyznaję, że w międzyczasie kilkukrotnie zdarzały mi się "skoki w bok" i wypróbowywanie produktów innych firm, ale zawsze ostatecznie wracałam właśnie do Rexony. Niezależnie od formy (spray, sztyft, żel) Rexona spisuje się świetnie, podobają mi się w większości zapachy jej produktów, doceniam fakt, że nie zagłuszają one zapachu perfum.


ZIAJA
Produkty Ziaji pojawiają się w mojej łazience dość regularnie, niemniej w zasadzie tylko seria przeznaczona do higieny intymnej towarzyszy mi stale od lat. Za co lubię płyny z Ziaji? Przede wszystkim za to, że działają tak jak powinny - nie podrażniają, dają poczucie odświerzenia, mają działanie ochronne i łagodzące w przypadku infekcji. Poza tym, lubię w tych płynach konsystencję, cenię ich wydajność oraz stosunek jakości do ceny.


ELMEX
Tematu past do zębów nie poruszyłam na blogu chyba nigdy. Po pierwsze z tego względu, że nie koniecznie traktuję tego typu produkty jako kosmetyki (a raczej po prostu jako rzeczy pierwszej potrzeby - muszą być i tyle), a po drugie dlatego, że od kilku lat jestem wierna jednej marce. Pasty Elmex są moim zdaniem bardzo przyzwoite, pozwalają dobrze doczyścić zęby, a zarazem minimalizują ryzyko wystąpienia próchnicy i krwawienia dziąseł. Sama co prawda nie mam większych problemów z uzębieniem (no, może poza osadem od kawy, którą piję wręcz nałogowo), jednak znam parę osób z wrażliwymi zębami i wiem, że one również zdecydowanie chwalą sobie "elmexy".


ISANA / BALEA
Jeśli chodzi o mydła do rąk oraz żele pod prysznic, to od dłuższego czasu wyznaję zasadę, że nie warto przepłacać... Jednocześnie muszę przyznać, że zależy mi na ładnym zapachu tych produktów i przyjemnych dla oka opakowaniach. I tak oto mój wybór pada tu zazwyczaj na Isanę, lub - gdy mam możliwość dokonać zakupu w DM-ie - na Baleę. Obie te marki wydają mi się dość podobne pod wieloma względami, wśród obu lubię polować na serie limitowane. Jeśli miałabym wyraźnie wskazać, którą z nich preferuję w jakim wydaniu, powiedziałabym - żele z Balea, mydła z Isany ;)



GARNIER
I na koniec coś, o czym kiedyś Wam pisałam, i co większość z Was miała pewnie okazję przetestować. Płyny micelarne Garnier lubię za to, że działają naprawdę dobrze, a przy tym są wydajne i tanie w stosunku do ich pojemności. Nie będę oszukiwać, że uważam je za najlepsze i że radzą sobie lepiej od słynnego micela z Biodermy, niemniej, z uwagi na cenę, to właśnie Garnier towarzyszy mi od 2014 roku praktycznie nieprzerwanie. Wiosną i latem najchętniej sięgam po wersję różową (którą opisałam w tym poście), z kolei jesienią i zimą myślę, że lepiej sprawdzać się może wersja z olejkiem arganowym.


I to już wszystko, jeśli chodzi o swoiste "podstawy" pielęgnacyjne w mojej łazience. W przypadku innych produktów, takich jak kremy do twarzy, balsamy, czy peelingi wolę od czasu do czasu poeksperymentować, jednak w powyższych kategoriach jestem zdecydowanie stała w uczuciach ;)


Źródła zdjęć: Rossmann, Elmex, DM.

Ciekawostka... Paznokcie inspirowane filmami

Tegoroczne lato w Holandii zdecydowanie różni się od polskiego - jest stosunkowo zimno, często pada deszcz, a słońce pojawia się raczej okazjonalnie. Co w tej sytuacji najlepiej jest robić? Nadrabiać zaległości filmowe ;)


A skoro już przy filmach jesteśmy... Postanowiłam ostatnio poszperać w internecie w poszukiwaniu zdobień paznokci mniej lub bardziej zainspirowanych różnymi produkcjami kinowymi i serialami. Znalazłam masę całkiem prostych propozycji (wykorzystujących naklejki, czy zdobienia farbkami), ale też trafiłam na pewną galerię, której autorką jest Kayleigh O’Connor. Zdobienia, które prezentuje ona na swojej stronie, można określić jako niepraktyczne w codziennym życiu, zakrawające z jednej strony o pewne szaleństwo, a z drugiej - wskazujące na naprawdę duże zdolności osoby, która je wykonała.

I tak oto do głowy wpadł mi pomysł na post, trochę inny niż zazwyczaj. Zapraszam na małą porcję szalonych mani, inpirowanych filmami, a zarazem na krótki quiz - jeśli chcecie się sprawdzić, spróbujcie odgadnąć inspiracje do poszczególnych zdobień - listę odpowiedzi znajdziecie na samym końcu tego wpisu ;)

Jeśli macie ochotę zobaczyć więcej prac Kayleigh O’Connor zajrzyjcie na jej stronę na FB lub do wpomnianej galerii na DeviantArt.

1.
 2.
 3.
 4.
 5.
 6.
7.
 8.
 9.
 10.
 11.
 12.
 13.
 14.
 15.
 16.
 17.
 18.
 19.
 20.




Odpowiedzi:

1. Breaking Bad
2. Obcy
3. Batman
4. Piękna i Bestia
5. Władca Pierścieni
6. Edward Nożycoręki
7. Mała Syrenka
8. Indiana Jones
9. Hobbit
10. Wysłannik piekieł (Hellraiser)
11. Gra o tron
12. Fururama
13. Potwory i spółka
14. Sklepik z horrorami
15. Czysta krew (True Blood)
16. Gwiezdne wojny
17. Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków
18. Uniwersytet potworny
19. Ring
20. Harry Potter

MAC Russian Red. Czy napewno warto?

Dawno, dawno temu (czyli w 2015 roku) pisałam Wam o szmince Golden Rose, która miała stanowić idealny odpowiednik dla MAC Russian Red. Dziś pora na krótki post dotyczący osławionego pierwowzoru ;)


MAC Russian Red to chyba jedna z najbardziej znanych szminek. Ma ona kolor pięknej nasyconej czerwieni, którą możnaby określić mianem klasycznej. Pochodzi ze stałej kolekcji MAC, jej opakowanie jest więc typowe - czarne, o kształcie naboju. Cena regularna tej pomadki to 86 zł za 3 gramy produktu.


Russian Red chodziła mi długo po głowie, mimo że nie jestem fanką czerwieni na ustach. Myślałam nad nią i wmawiałam sobie, że może zmieni ona moje podejście do czerwonych pomadek. I co tu dużo mówić... Nie zmieniła.


Przede wszystkim mam wrażenie, że szał na jej punkcie jest nieco przesadzony. Co prawda muszę przyznać, że kolor jest bardzo ładny, a dodatkowo genialnie wybiela (optycznie oczywiście ;)) zęby, ale zarazem nie jest wyjątkowy, niedostępny w żadnej innej tańszej marce. Niemal identyczny odcień dostać możemy choćby  w serii Velvet Matte Golden Rose. Jeśli już jesteśmy przy Golden Rose... Miałam nadzieję, że Russian Red będzie jakościowo dużo lepsza od Velvet Matte nr 18, tymczasem okazało się, że jest cięższa w aplikacji i łatwiej rozmazuje się w kącikach ust. W kwestii trwałości obie pomadki spisują się podobnie, tzn. jest bardzo dobrze, choć nie idealnie. Russian Red nad tańszym odpowiednikiem wygrywa chyba tylko w jednej kwestii - mniej wysusza usta. Tyle i tylko tyle.


O ile niektóre szminki MAC uwielbiam za kolory, inne za wyjątkową trwałość, o tyle w przypadku Russian Red uważam, że nie warto się decydować na zakup. Lepiej zainwestować w pomadkę Golden Rose, o której więcej możecie przeczytać w recenzji: Piękna (i ekonomiczna) czerwień na ustach :), a resztę pieniędzy przeznaczyć na cokolwiek innego. Podsumowując - niestety, tym razem nie jestem zakochana w kolejnym moim MACzku.


PS Jeśli macie ochotę zobaczyć inne szminki MAC z mojej kolekcji, zapraszam do lektury poniższych postów :)

Szminka lalki Barbie? MAC Saint GermainSoczyście...
MAC PlumfulUlubiona... 
MAC Modesty Lipstick :) 
Shy Girl.. czyli nowa pomadka MAC w mojej kolekcji :) 
Wiosna na ustach, czyli trzy pomadki od MAC :) 
Szminkowo... MAC Creme Cup 
Brzoskwiniowe usta? MAC Peach Blossom :)

Chciejlista na drugą połowę 2017 roku ;)

Na blogu dawno już nie było żadnej "chciejlisty". W sumie chyba od roku nie publikowałam takich postów, bo w sumie nie miałam jakiś większych zakupowych marzeń. Stwierdziłam jednak, że warto może taki post znów popełnić... Moja wishlista na chwilę obecną obejmuje głównie dość drogie rzeczy, których zakup muszę jeszcze przemyśleć i zaplanować, tak - by mówiąc kolokwialnie - nie zbankrutować przy okazji ;)



PANDORA

Odkąd dostałam na utodziny bransoletkę Pandora Essence, praktycznie się z nią nie rozstaje. Do sprezentowanych trzech koralików dokupiłam sobie na wyprzedaży dwa kolejne i w zależności od nastroju i ubioru różnie je ze sobą zestawiam. Na chwilę obecną mam jeszcze dwa chciejstwa z Pandory właśnie - koralik Balance, który moim zdaniem jest po prostu piękny (błękitna mozaika z masy perłowej) i naszyjnik, również z serii Essence, który zwyczajnie chciałabym mieć do kompletu ;)


PIĘKNO BEZ KONSERWANTÓW

Lubię czytać, moja praca zawodowa zresztą łączy się dość mocno z książkami. Od czasu do czasu lubię sięgnąć po pozycje dotyczące historii, ciekawią mnie też publikacje poruszające tematykę urodową. "Piękno bez konserwantów" wpisuje się w te dwie kategorie - jest to bowiem książka poświęcona przedwojennej pielęgnacji. Przeczytałam już kilka recenzji tej pozycji i mam wrażenie, że może być ona naprawdę warta uwagi. Zresztą, jak i inne książki wydane w serii Ciekawostki historyczne.pl ;)


TOO FACED

Każdy, kto śledzi mojego bloga, wie, że kocham cienie do powiek i mam ich dość sporą kolekcję. Mimo że w zasadzie nie ma chyba koloru, na którego brak mogłabym cierpieć, wciąż mam ochotę na zakup nowości z tej kategorii. Na mojej "chciejliście" od dłuższego czasu są dwie palety Too Faced, słynna już Sweet Peach oraz chyba nieco mniej znana (ale niestety i droższa) Natural Love. Sweet Peach wydaje mi się idealna na powoli zbliżającą się jesień, Natural Love to z kolei ideał na dosłownie każdą okazję i porę roku, zamknięty w naprawdę uroczym opakowaniu.

Recenzja: I Heart Chocolate i Chocolate Bar. Krótka recenzja i dużo zdjęć porównawczych :)


BOBBI BROWN

Bobbi Brown to marka z którą niestety nie miałam jeszcze nigdy do czynienia. Od jakiegoś czasu myślę o rozpoczęciu przygody z kosmetykami Bobbi, niemniej ich ceny - powiedzmy szczerze - nie skłaniają do eksperymentów. Zastanawiam się za to nad zakupem zestawu do makijażu, w skład którego wchodzi kilka bestsellerów marki, oczywiście w miniaturowych wersjach ;)

Recenzje książek Bobbi Brown:

Magia spojrzenia, czyli kolejna recenzja książkowa ;)
Perfekcyjny makijaż... okiem czytelnika ;)


STEAMCREAM

Pierwszy raz na te kremy natrafiłam kilka lat temu, podczas targów Beauty w Krakowie. Nie kojarzyłam zbytnio marki, moją uwagę skupiły jednak kolorowe opakowania zdecydowanie przyciągające wzrok ;) Kilka tygodni temu przeczytałam recenzję Steamcream i zrozumiałam, że  m u s z ę  go wypróbować. Ciekawi mnie ta parowa technika produkcji, intryguje obietnica wszechstronnego zastosowania i porządnego nawilżenia.


MICHAEL KORS

Jakiś czas temu do mojej torebkowej kolekcji dołączył pierwszy egzemplarz sygnowany nazwiskiem Michaela Korsa. O tym, jak bardzo jestem zadowolona z tej torebki pisałam Wam już na blogu. Wspominałam tam też, że mam ochotę na dwa inne produkty tej marki. Po pierwsze chodzi za mną mały Jet Set, który jest dość popularny, ale urzeka mnie swoją bardzo prostą formą i tym, że pasuje moim zdaniem dosłownie do wszystkiego (no, może za wyjątkiem sukni ślubnej ;)). Po drugie, mam też ochotę na portfel Jet Set Travel, który posiada odpisany pasek na nadgarstek oraz miejsce na telefon komórkowy. Wydaje mi się całkiem funkcjonalny, myślę, że mógłby się sprawdzić podczas moich częstych dość podróży między Holandią i Polską ;)

Recenzja: Bedford, czyli moja pierwsza torebka Michaela Korsa :)


Znacie któryś ze wspomnianych kosmetyków/akcesoriów? Macie któryś z nich też na Waszej chciejliście? :)

Davines Melu Conditioner. Odżywka na piątkę z plusem ;)

Jak pewnie niektórzy zauważyli, od kilku miesięcy eksperymentuję z profesjonalnymi kosmetykami do włosów. Na blogu jakiś czas temu pojawiła się recenzja odżywki Montibello, w której jestem zakochana (KLIK), dziś pora na kolejny produkt profesjonalny, tym razem marki Davines - Essential Haircare Melu Conditioner.


Odżywka Melu Davines to kosmetyk mający za zadanie wzmacnienie włosów łamliwych, przeznaczony głównie do włosów długich i zniszczonych. Opakowanie Melu stanowi bardzo skromne plastikowe pudełeczko, które może nie cieszy zbytnio oka, ale na szczęście jest na tyle dobrze wykonane, że nie przepuszcza wody, możemy je więc bez problemu przechowywać pod prysznicem. Melu ma zielonkawy kolor i bardzo delikatny, lekko ziołowy zapach. Jest odżywką gęstą i bardzo wydajną - stosuję ją od 1,5 miesiąca niemalże codziennie, a udało mi się zużyć mniej niż połowę opakowania. Wydajność tą uznaję za naprawdę duży plus, zwłaszcza, że cena w tym przypadku jest szalona - opakowanie zawierające 250 ml odżywki kosztuje ok. 95 zł. Melu kupić można w sieci sklepów Fale Loki Koki.


O marce Davines i jej podobno cudownych produktach naczytałam się całkiem dużo przed zakupem. Długo biłam się z myślami, czy warto zaryzykować takie pieniądze, czy też za chwilę będę sobie wyrzucała, że znów utopiłam niemałą kwotę w bublu... Na szczęście okazało się, że produkt ten naprawdę wart jest swojej ceny. 


Melu na moich włosach, ogólnie lubiących produkty keratynowe, działa po prostu cudownie. Po pierwsze naprawdę dobrze je dyscyplinuje i sprawia, że z lekko kręcącego się siana przemieniają się one w gładkie i lejące się włosy o naprawdę ładnym połysku i fajnej objętości. Po ponad miesiącu stosowania mam też wrażenie, że są one nieco grubsze, bardziej "mięsiste" i zdecydowanie zdrowsze. Jako fanka kucyka, muszę stwierdzić, że włosy wyglądają lepiej również w tym miejscu, w którym drażni je gumka; co więcej nie łamią się już tak często pod jej wpływem. Również końcówki są w bardzo dobrym stanie, choć tu mam wrażenie, że jest to zasługa innego kosmetyku, o którym z pewnością za jakiś czas Wam napiszę... Wracając jednak do Melu - włosy po tej odżywce ładnie się rozczesują, są naprawdę dobrze nawilżone, ale nie przeciążone - kombinowałam z różną ilością produktu i różnym czasem trzymania go na włosach - w żadnym wypadku nie udało mi się ich przeciążyć i uzyskać mało estetycznego efektu "strąków". Najlepsze efekty uzyskiwałam jednak trzymając ją nieco dłużej, niż zaleca producent, tj. około 15-20 minut, zamiast 2-5 minut ;)


Mówiąc o Melu, warto jeszcze wspomnieć o jej składzie. Otóż, podobnie jak i pozostałe kosmetyki Davines, jej formuła wzbogacona została w składnik ak­tywny pozyskiwany z gospodarstw Slow Food Presidia we Włoszech, a dokładniej w ekstrakt z nasion soczewicy. Jest on bogaty w serynę i kwas glutaminowy, które zapewniają włosom obiecane (i faktycznie występujące!) odżywienie i odbudowę. Dodatkowo należy zaznaczyć, że Melu nie zawiera siarczanów oraz parabenów.


Podsumowując - jestem naprawdę zauroczona i z pewnością nie żałuję zakupu, zwłaszcza, że udało mi się ją nabyć w Fale Loki Koki podczas promocji -25% ;) Jest to niewątpliwie jedna z najlepszych odżywek do spłukiwania, jakie kiedykolwiek miałam okazję używać. Jeśli się nad nią zastanawiacie - polecam, szczególnie jeśli macie podobnie jak ja nieco niesforne, poddatne włosy, przetłuszczające się u nasady, a suche na końcach, łatwo się łamiące i wymagające dobrego nawilżenia.

Blogowe podsumowanie lipca 2017

Połowa wakacji za nami... Powiem szczerze, że średnio mnie to cieszy, niemniej cóż zrobić. W każdym razie, pora na krótkie podsumowanie pierwszego miesiąca wakacji ;)


Lipiec minął mi szalenie szybko. Wreszcie się z lekka zregenerowałam i nadrobiłam wszelkie braki w zakresie snu ;) Cały miesiąc spędziłam w Hadze, od czasu do czasu wybierając się jedynie na krótkie wycieczki do pobliskich miast (z tego miejsca polecam Wam wszystkim zahaczenie o Goudę, jeśli będziecie mieć okazję przebywać w Holandii - jest naprawdę bardzo klimatyczna i po prostu ładna). Na blogu powiedzmy, że nie szalałam specjalnie, niemniej udało mi się nieco poprawić statystyki ;) Jeśli chodzi o tematy, to pojawiły się dwa haule, zestawienie ulubieńców poprzedniego miesiąca oraz dwa wpisy dotyczące produktów do włosów. Pojawił się też wpis dotyczący peelingu do ust z Evree i wreszcie - mini recenzja mojej pierwszej torebki Michaela Korsa. Skoro już przy tym wpisie jesteśmy... Powiem szczerze, że w ostatnich tygodniach moje zainteresowania chyba bardziej skupiają się wokół szeroko pojętej mody i lifestylu. Mam jakiś przesyt jeśli chodzi o kolorówkę, z kolei w przypadku pielęgnacji lubię naprawdę długo potestować produkty, zanim podejmę się ich zrecenzowania... I tak oto, dochodzę do wniosku, że w najbliższym czasie rozszerzę nieco tematykę bloga. Mam na przykład ochotę na stworzenie wpisu o mojej ukochanej marce bieliźnianej, o której w Polsce raczej nie wiadomo zbyt wiele (mimo że jej produkty można zakupić), czy też zrobienie notki na temat bransoletek Pandory z kolekcji Essence, o której mam wrażenie mówi się i pisze zdecydowanie mniej, niż o podstawowej kolekcji charmsów, tj. Pandora Moments.

W każdym razie, teraz już tradycyjnie zostawiam Was z listą wpisów, które opublikowałam w ubiegłym miesiącu ;) Kto nie czytał - zapraszam do nadrobienia zaległości ;)

1. Blogowe podsumowanie czerwca 2017
2. Haul czerwcowy :) Pandora, Semilac, Finger Brush i nie tylko...
3. Ulubieńcy czerwca 2017
4. Ulubieniec... Montibello Smart Touch 12in1
5. Małe szaleństwo zakupowe... MUFE i KIKO :)
6. Evree Sugar Lips, czyli naprawdę fajny peeling do ust :)
7. Hit! Olivia Garden Finger Brush
8. Bedford, czyli moja pierwsza torebka Michaela Korsa :)

Bedford, czyli moja pierwsza torebka Michaela Korsa :)

Dzisiejszy post będzie mało kosmetyczny, ale bardzo w moim odczuciu radosny ;) Otóż spełniło się jedno z moich małych marzeń i trafiła do mnie moja pierwsza torebka Michaela Korsa ;)


Zacznę może od tego, że od kilku lat wspólnie z moim TŻ nie robimy sobie niespodzianek urodzinowych. Może jest to mało romantyczne, ale całkiem praktyczne - wspólnie wybieramy prezenty, czy to dla mnie, czy dla niego, często na takie "prezentowe wycieczki po sklepach" poświęcając więcej niż jeden weekend. I tak też było teraz. Mimo że urodziny obchodziłam prawie miesiąc temu, to jednak prezent na trzydziestkę dostałam dopiero w ostatni weekend ;)


Odkąd po raz pierwszy miałam okazję zajrzeć do sklepu Michaela Korsa w Hadze, wiedziałam, że prędzej, czy później w moje ręce trafi jakaś torebka tego projektanta. Mój chłop sam zaproponował, że może okrągłe urodziny to dobra okazja na spełnienie tego małego marzenia, a ja za bardzo się temu pomysłowi nie sprzeciwiałam ;) Pozostała jednak kwestia wyboru modelu...


Byłam zdecydowana w jednej kwestii - nie chciałam dużego Jet Seta, który jest zdecydowanie moim zdaniem zbyt popularny (również wśród podróbek..), żeby nie powiedzieć - oklepany. Co więcej, mam dwie torebki Wittchen o podobnej formie, wykonane również ze sztywnej skóry saffiano i najzwyczajniej w świecie rzadko je noszę, bo są zbyt eleganckie do moich typowo casualowych ciuchów, a na dodatek są w moim odczuciu średnio wygodne. Poważnie zastanawiałam się za to nad małym, czarnym Jet Setem na pasku, również bardzo popularnym modelem, ale naprawdę urzekającym mnie swoją prostotą i uniwersalnością.


Ostatecznie jednak w sklepie już zdecydowanie zmieniłam swój wybór i zostałam szczęśliwą posiadaczką dużego Bedforda na ramię, w bardzo ciemnym odcieniu granatu ;)


Dlaczego Bedford? Po pierwsze ma formę hobo, a to zdecydowanie mój ulubiony typ torby w ostatnich latach. Po drugie, w przypadku Bedforda Kors wyjątkowo nie oszczędzał na zamku ;) Jego brak, zważywszy na to, że do pracy dojeżdżam komunikacją miejską, a do tego dość często podróżuję, jest dla mnie rzeczą ciężką do zaakceptowania. Po trzecie, spodobał mi się układ kieszeni w środku, nie jest ich ani za mało, ani za dużo. Dodatkowo, skóra z jakiej został wykonany jest naprawdę przyjemna w dotyku, no a przy tym wszystkim jeszcze - Bedford był na wyprzedaży, więc zaplanowanych funduszy prezentowych starczyło jeszcze na dwie bluzki Esprit ;)


Gdybym miała wskazać na rzeczy, które w tej torebce mi się nie podobają, wymieniłabym jedną - brelok z okrągłym logo MK, który moim zdaniem nie jest zbyt piękny, a zarazem za bardzo rzuca się w oczy. Na szczęście, da się go odczepić ;)


Powiem szczerze, że naprawdę, ale to naprawdę jestem bardzo zadowolona z tego prezentu. Niestety, mam przy tym poczucie, że może się na tej jednej torebce nie skończyć. Mały Jet Set dalej mnie kusi, przy okazji wizyty w sklepie w oko wpadł mi też jeden portfel... Cóż, na razie jednak bardzo cieszę się tą torbą, a co do innych akcesoriów - zobaczymy w przyszłości ;)