Sucha skóra? 3 kosmetyki DIY godne wypróbowania ;)

Jako, że pogoda wciąż nas nie rozpieszcza, postanowiłam drążyć temat opisany w poście Sucha skóra zimą. Sposoby jak przeciwdziałać przesuszeniu. Dziś przedstawię Wam kilka fajnych kosmetyków DIY, o których dowiedziałam się... z youtube'a ;)

Dobre pędzle dla początkujących. Real Techniques Starter Set do makijażu oczu

Pędzle Real Techniques "chodziły" za mną odkąd na poważnie wkręciłam się w oglądanie kanału Pixiwoo, stworzonego przez siostry Chapman. Pędzle, o których dziś mowa, są produktem wykreowanym przez jedną z nich - Samanthę. Będąc na początku grudnia w Holandii, udało mi się upolować zestaw do makijażu oczu, o którym od dawna po cichu marzyłam... Dziś pora na recenzję -  Real Techniques - Starter Set do makijażu oczu ;)


Zacznijmy może od informacji, która wielu z Was pewnie się przyda - pędzle tej marki to produkty wegańskie, nie testowane na zwierzętach, o włosiu stworzonym z syntetycznego taklonu. Włosie jest dwukolorowe, bardzo łatwo się domywa, szybko schnie, jest przy tym miękkie i elastyczne, zdecydowanie nie drapie powieki.


 Rączki pędzli są kolorowe, wykonane z aluminium, z gumowym zakończeniem. Są kolorowe, dość krótkie i ścięte na płasko. Cena pędzli Real Techniques nie jest bardzo wygórowana, aczkolwiek nie są to też najtańsze akcesoria... Widoczny na zdjęciach zestaw do makijażu oczu kosztował 18 euro, przy czym w polskich sklepach internetowych jego cena oscyluje w granicach 115-120 zł. Do pięciu pędzli zostało dołączone też etui, które przydaje się podczas wyjazdów.


Przejdźmy do poszczególnych pędzli...

Od lewej: Deluxe crease brush, Base shadow brush, Accent brush, Fine liner brush, Brow brush.

Deluxe crease brush zaskoczył mnie z całej piątki najbardziej. Jest bardzo duży, gęsty i zaokrąglony, przypomina mi pomniejszoną wersję pędzli do podkładu. Z jednej strony chciałam go, bo nie mam nic podobnego, z drugiej obawiałam się, że będzie leżał i się kurzył... Okazało się, że znalazłam jeden z tych pędzli, bez których już nie wyobrażam sobie życia. Jest świetny do podkreślania załamania powieki. Działa się nim szybko, ale precyzyjnie. Genialnie nadaje się też do nakładania korektora.

Base shadow brush to w moim odczuciu taki tańszy, ale i nieco gorszy odpowiednik MAC 217. Ładnie blenduje się nim cienie, dość dobrze działa w załamaniu powieki, ale przy aplikacji cienia na powiekę ruchomą sprawdza się średnio. Jest miękki (za miękki przy nakładaniu dużej plamy koloru) i całkiem poręczny, jednak rzadko z niego korzystam.

Accent brush to po prostu przyzwoity pędzel. Fajny przy punktowym nakładaniu koloru, wzdłuż linii rzęs, czy też w kąciku wewnętrznym. Ot tyle i aż tyle ;)

Fine liner brush to całkiej wygodny pędzelek do rysowania kreski, który jednak wymaga dość wprawnej ręki - jest dość gruby, jak na swoją funkcję. Przyznaję, że raczej po niego nie sięgam, ale to z tego powodu, że zwyczajnie nie używam kremowych eyelinerów.

Brow brush to kolejny grubasek (jeśli porównamy go do innych pędzli do brwi, jakie posiadam, choćby do Hakuro), który jednak naprawdę bardzo polubiłam. Posiada dość krótkie, ścięte włosie, jest idealnie szywny, Obecnie mój ulubiony pędzel do wypełniania brwi, ale też podkreślania dolnej linii rzęs.


Podsumowując muszę stwierdzić, że zestaw ten jest naprawdę fajny, ale raczej zachwyci osoby, które pędzli do oczy jeszcze nie używały, albo też nie mają przesadnie rozrośniętej ich kolekcji (tak jak ja, ekhm...). Pędzle są dobre jakościowo, spełniają swoje funkcje bardzo przyzwoicie, a przy tym wypadają całkiem nienajgorzej pod względem ceny. Polecam, ale raczej na sam początek zabawy z pędzlami ;)


Sucha skóra zimą. Sposoby jak przeciwdziałać przesuszeniu

Dzisiejsza rozmowa z koleżanką zainspirowała mnie do postu na temat bardzo aktualny, niestety. Jeśli chcecie wiedzieć, co warto zrobić by zminimalizować nieprzyjemne uczucie wysuszenia skóry zimą, zapraszam do lektury ;)


Zacznijmy od sprawy podstawowej - pielęgnacji, w której główny nacisk powinniśmy położyć na nawilżenie skóry, nie tylko od zewnątrz.. Ale po kolei.

Przy wyborze kosmetyków do pielęgnacji należy unikać produktów na bazie substancji ropopochodnych, a także tych, zawierających alkohol wysoko w składzie. Warto też odstawić kosmetyki na bazie wody, na rzecz produktów, w których przeważają oleje naturalne, pozwalające lepiej utrzymać wilgoć w skórze, a dodatkowo dobrze ją nawilżyć i ukoić.

Zimą fajnie mogą się sprawdzić różnorodne receptury DIY, oparte na składnikach takich jak miód, oliwa, jogurt, aloes, awokado.  Warto je łączyć z olejkiem jojoba, lub olejem ze słodkich migdałów. Dodatkowo chciałabym zwrócić tu też uwagę na masło shea oraz masło kakaowe, które idealnie sprawdzają się w pielęgnacji skóry suchej, przesuszonej, łuszczącej się i podrażnionej.

Skórę nawilżać należy także od wewnątrz, przede wszystkim pijąc odpowiednie ilości wody (uwaga! kawa, herbata i napoje gazowane się nie liczą do codziennego bilansu płynów ;)). Dobrym wyborem jest jedzenie zup, które dodatkowo potrafią nas porządnie rozgrzać. Pamiętać należy także o spożywaniu pokarmów bogatych w witaminę C, cynk oraz tłuszcze Omega 3, które korzystnie wpływają na wygląd skóry.

W okresie zimowym, warto dla dobra swojej skóry zrezygnować z długich, gorących kąpieli oraz z sauny. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem są szybkie prysznice w umiarkowanie ciepłej wodzie. Jeśli jednak nie chcemy zupełnie odpuścić sobie relaksu w wannie, powinnyśmy pamiętać o dodaniu do wody olejków, które nie tylko umilą czas ładnym zapachem, ale też pozytywnie wpłyną na poziom nawilżenia skóry.

W celu usunięcia przesuszonego naskórka dobrze jest wykonywać częste, ale delikatne peelingi. Z uwagi na to, że skóra zimą jest bardziej delikatna,warto unikać tkanin, które mogą ją podrażniać, czy wywoływać reakcje alergiczne (np. wełna), ale też zwrócić uwagę na detergenty, które używamy do prania i wybierać te, skierowane do osób o skórze wrażliwej.

Co jeszcze możemy zrobić?

Na co dzień, wychodząc z domu, powinniśmy oczywiście pamiętać o szaliku, rękawiczkach i używaniu kremów z filtrami przeciwsłonecznymi. Należy przy tym oczywiście unikać noszenia wilgotnych rękawiczek, lub skarpet, gdyż mogą one mogą podrażniać skórę i powodować jej swędzenie, czy pękanie.

Warto rozważyć też zakup nawilżacza powietrza, położyć na grzejnikach mokre ręczniki lub pojemniki z wodą, ale przede wszystkim nie przesadzać z nagrzewaniem pomieszczeń, w których się znajdujemy (im wyższa temperatura, tym mniejsza wilgotność, a tym samym większe szanse na przesuszenie skóry).

Garść lakierowych inspiracji... Negative Space Nail Art

Dziś postanowiłam przyjść do Was z nową garścią lakierowych inspiracji. Tym razem będzie to, co w ostatnim czasie bardzo mi się podoba, czyli paznokcie w stylu negative space.


Negative space nails to najprościej rzecz ujmując paznokcie z prześwitami, ukazującymi naturalną, "nagą" płytkę. Negative space w większości oparty jest o różnorodne wzory geometryczne, a do jego wykonania przydają się samoprzylepne tasiemki.

Nie przedłużając - zapraszam do przeglądania. Dajcie znać, czy któryś z tych wzorów przypadł Wam do gustu oraz czy już kiedyś same robiłyście pazokcie w tym stylu ;) 
Ja tymczasem uciekam do oglądania filmu - Nocturnal Animals i Jake Gyllenhaal czekają ;)

Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK


Źródło: KLIK

Źródło: KLIK

Haul noworoczny, czyli garść zakupów i kilka prezentów ;)

W ramach pierwszego postu 2017 roku postanowiłam przyjść do Was z garścią nowości. Jeśli chcecie zobaczyć, co (kosmetycznego i nie tylko) wpadło ostatnio w moje ręce, zapraszam do lektury :)


Zacznijmy może od zakupów i prezentów książkowych, bo tych chyba najwięcej do mnie trafiło w ostatnim czasie ;) Po pierwsze, wreszcie moją biblioteczkę zasiliły pozycje bardzo przeze mnie lubianych blogerów.


Pod choinką znalazłam "Finansowego Ninję" Michała Szafrańskiego z bloga Jak oszczędzać pieniądze oraz dwie książki Magdaleny Grzegorczyk z Skutecznie.Tv - "Szybko smacznie, domowo" oraz "Lunch box do pracy i szkoły". Tematyki tych książek można chyba łatwo się domyślić ;)


Przywędrowały do mnie także książki autorstwa Imogen Edwards-Jones: "Szpital Babylon", "Pop Babylon" i "Plaża Babylon". Jakiś czas temu przeczytałam już "Hotel Babylon" i muszę stwierdzić, że była to lektura naprawdę lekka, przyjemna i momentami doprowadzająca do łez ze śmiechu. Mam nadzieję, że w przypadku kolejnych tomów tej serii będzie podobnie ;)


Żeby jednak nie było zbyt "odmóżdżająco" dostałam też coś nieco poważniejszego - wywiad z Jerzym Pilchem, przeprowadzony przez Ewelinę Pietrowiak "Zawsze nie ma nigdy".


Jeśli chodzi o kosmetyki,staram się twardo ograniczać w dalszym ciągu (w grudniu zgrzeszyłam jednym zakupem, ale o tym za chwilę), no ale od czego się ma przyjaciółki ;)


Z okazji świąt prosto z Niemiec przyjechał do mnie żel Balea ze świątecznej limitki (zapach mandarynek - boski!), w pracy z kolej znalazłam zestaw maseczek, które mam zamiar w najbliższym czasie przetestować :)


Wreszcie, sama sobie pod choinkę kupiłam pędzle Real Techniques - Starter Set do makijażu oczu. Marki tej byłam bardzo ciekawa, w końcu zaspokoiłam swoją rządzę testowania i przyznać muszę, że jestem zadowolona. Więcej na ich temat napiszę już niebawem.


Zdecydowanie najfajniejszą rzeczą, która w ostatnim czasie do mnie trafia jest jednak opaska fitnesowa Fitbit Charge HR. Od jakiegoś czasu już poszukiwałam porządnej mobilizacji do ćwiczeń... i oto jest :)


Co robi? Liczy kroki, spalone kcal, mierzy puls, powiadamia o przychodzących połączeniach, przebytym dystansie i o jakości snu, pokazuje datę i godzinę. Podoba mi się wizualnie, poza tym jestem zachwycona aplikacją mobilną powiązaną z moim Fitbitem.


Na koniec jeszcze pochwalę się, co dziś po południu dorwałam w Biedronce ;) Trochę przypadkowo, w jednym z koszy wyprzedażowych zobaczyłam soniczne szczoteczki do twarzy Be Beauty, o których było głośno w blogosferze chyba pół roku temu. Wtedy nie zdecydowałam się na zakup (kosztowały ok 30 zł), dziś nie mogłam się powstrzymać, bo cena była zbyt kusząca - całe 8,24 zł... Także, kto nie miał okazji zakupić tej szczoteczki, a ma ochotę ją wypróbować - sugeruję szybki spacer do Biedronki ;)

Sylwestrowo... KIKO Glitter Eyeliner

Na co dzień nie przepadam za brokatem w makijażu. Z racji zbliżającego się Sylwestra chciałabym Wam jednak pokazać jeden błyszczący kosmetyk, który bardzo lubię, i który stanowi świetny zamiennik dla kilkukrotnie droższego produktu Urban Decay ;)


Glitter Eyeliner KIKO, bo o nim dziś będzie mowa, dostępny jest w dwóch wariantach kolorystycznych. 01 Multicolour, który posiadam, ma bezbarwną bazę i wielokolorowe drobiny. Jego opakowanie jest dość standartowe, pędzelek - wygodny. 4,5 ml produktu kosztuje w cenie regularnej 29 zł (ja swój oczywiście złapałam przy okazji jakiejś promocji ;)).


Brokatowy eyeliner KIKO jest średniogęsty, szybko zasycha i nie tworzy nieprzyjemnej "skorupki". Wygląda idealnie nałożony na czarną kreskę, lub lekko wklepany w całą powiekę ruchomą, na cień do powiek. Osobiście najbardziej podoba mi się przy bardzo neutralnym makijażu - nałożony przy dolnej linii rzęs stanowi fajny akcent, przykuwa uwagę, a równocześnie nie wygląda kiczowato.


Glitter Eyeliner KIKO nie podrażnia moich oczu, jest trwały, nie rozmazuje się, ani nie kruszy. Na uwagę w przypadku odcienia 01 Multicolour zasługuję też fakt, że jest niemal identyczny, jak Urban Decay Heavy Metal w odcieniu Distortion. Nie posiadam tego drugiego, choćby z uwagi na dość wygórowaną cenę (89 zł), niemniej spójrzcie tylko na zdjęcie poniżej, ukazujące swatche wszystkich eyelinerów UD, w tym rzeczonego Distortion (pierwszy od lewej).

Źródło: KLIK
Podsumowując - glitter KIKO lubię i polecam. Jest bardzo fajny w przypadku większych wyjść, gdy dosłownie chcemy błyszczeć, ale sprawdza się także jako nieco zadziorny akcent w neutralnym, dziennym makijażu.

Dajcie znać, czy lubicie brokat w kosmetykach, czy też, podobnie jak ja, sięgacie po tego typu produkty raczej rzadko ;)

Semilac Vitamin Base. Czy aby na pewno bubel?

Jakiś czas temu do mojego małego hybrydowego zbioru dołączył nowy Semilac - baza witaminowa, na której temat krążą dość sprzeczne opinie. Jeśli jesteście ciekawi, jak sprawdziła się na moich paznokciach - zapraszam do przeczytania postu ;)


Na Semilac Vitamin Base zdecydowałam się, jak pewnie większość z jej posiadaczek, kuszona wizją poprawy stanu paznokci. Producent na swojej stronie zachwala ją w następujący sposób: "Dzięki wzbogaceniu formuły o witaminy E oraz B5, zwiększyliśmy ochronę naturalnej płytki paznokcia. Nowoczesna technologia produkcji pozwoliła zaprojektować bazę, która działa na płytkę paznokcia delikatniej niz standardowe lakiery podkładowe. Zapewnia trwałość manicure hybrydowego do 14 dni". Brzmi kusząco, jednak z rzeczywistością ma niewiele wspólnego.


Sama aplikacja bazy witaminowej nie różni się niczym w porównaniu ze zwykłą bazą. O ile dobrze pamiętam, normalna baza miała podobną gęstość, obie mają takie samo opakowanie, pędzelek i objętość, różnią się za to ceną (29 zł kosztuje wersja witaminowa, 33 zł - normalna). Po utwardzeniu baza nie ściągnęła się na paznokciu, pozwoliła na łatwe zaaplikowanie kolejnych warstw lakieru. I wszystko było dobrze, pięknie przez około... 24h. Po tym czasie zauważyłam, że hybrydy zwyczajnie odchodzą od płytki, w sposób porównywalny do zwykłego, zbyt grubo nałożonego lakieru - płatami...


Kolejne próby wyglądały podobnie - odtłuszczałam paznokcie niczym szalona, a hybrydy mimo to schodziły mi po maksymalnie trzech dniach. Jak łatwo się domyślić w tej sytuacji raczej nie odnotowałam zbawiennego działania na paznokcie, wręcz przeciwnie - ich stan się pogorszył. Już miałam sobie ten produkt podarować, gdy odkryłam co jest wręcz niezbędne w jego przypadku.


Semilac Vitamin Base wymaga zastosowania primerów - kwasowego i bezkwasowego. Bez nich baza działa dramatycznie, z nimi - całkiem poprawnie. Na płytce przygotowanej poprzez zmatowienie, odtłuszczenie, nałożenie primera kwasowego i na to jeszcze dodatkowego - bezkwasowego, baza witaminowa trzyma się obiecane dwa tygodnie. Równocześnie jednak płytka traktowana taką gamą produktów wcale nie ulega cudownemu ozdrowieniu, wygląda podobnie jak przy zwykłej bazie. Wniosek - efekt uzyskujemy ten sam, ale do bazy witaminowej musimy dokupić dwa produkty i poświęcić na mani więcej czasu.

Podsumowując - jestem na nie, aczkolwiek produkt wykorzystam do końca. Jeśli macie w zanadrzu wspomniane preparaty poprawiające przyczepność, możecie zaryzykować zakup, jednak jeśli Wasze paznokcie dobrze współpracują ze zwykłą bazą - nie warto, po prostu nie warto.