Biżuteryjnie... Delikatna i piękna. Pandora Essence

W czasie, gdy Pandora szturmem podbijała kolejne blogi, ja pozostawałam niewzruszona. Duże, ciężkie, przepełnione srebrnymi charmsami bransoletki nie wydawały mi się zbyt atrakcyjne, a do tego powalały cenami... Sytuacja zmieniła się w czerwcu, gdy na 30-te urodziny dostałam cieniutką bransoletkę i kilka koralików, utrzymanych w błękitnej tonacji. Tak zaczęła się moja miłość do nieco mniej popularnej serii Pandory, czyli do Essence ;)


Essence, to stosunkowo nowa seria biżuterii modułowej, która od tradycyjnej Moments odróżnia się filozofią i ogólnie pojętą estetyką. Essence, w zamyśle ma prezentować nasze wartości, podczas gdy Moments stworzona została w celu przedstawienia wspomnień, hobby etc. Przyznaję, że o ile budowanie własnej historii przy użyciu "tradycyjnych" charmsów jest moim zdaniem całkiem fajnym pomysłem, o tyle komponowanie bransoletek Essence w oparciu o wartości, ukazane w totalnie abstrakcyjny sposób, jest już mniej ciekawe...


Essence jest jednak bardzo fajną opcją dla osób lubiących biżuterię elegancką i subtelną. Charmsy są tu identycznych rozmiarów, w większości mają też kulisty kształt. W środku charmsów znajdują się silikonowe wkładki, które nie pozwalają koralikom na samodzielne przesuwanie się po bransoletce, a zarazem nie wymagają od nas uciążliwego "skręcania" całości. W moim odczuciu, bransoletki (i naszyjniki) z tej serii, najlepiej wyglądają w wersji minimalistycznej, czyli ozdobione jedną, dwoma lub trzema kulkami jednocześnie, większa ilość daje już zbyt ciężkie wrażenie.


Od wejścia Essence do asortymentu Pandory w 2013 roku, pojawiło się oczywiście kilka kolekcji, różniących się wykorzystanym materiałem, a zarazem powielających przypisane wartości. Moim zdaniem najciekawsze były pierwsze koraliki, w większości stworzone z kamieni naturalnych, na dzień dzisiejszy słabo dostępne. Charmsy, w których pierwsze skrzypce grają cyrkonie, nie przekonują mnie zbyt szczególnie i w zasadzie na żaden tego typu nie mam ochoty. Do najnowszej kolekcji, stworzonej w oparciu o różowe złoto, mam póki co mieszane uczucia ;)


Jedną z podstawowych zalet Essence jest to, że w zasadzie każde, dowolne połączenie daje fajne efekty. Na chwilę obecną mam 9 koralików, które komponuję w zależności od samopoczucia, oraz... ubioru. Większość z nich jest już obecnie wycofana, niemniej prawie wszystkie da się jeszcze dorwać w outlecie Pandory, który znajduje się w Piasecznie. Część z nich można dostać także zagranicą.

A co dokładnie znajduje się w mojej kolekcji?

Pandora Essence: Zdrowie, Nadzieja, Lojalność

Zdrowie (srebro) - wycofany charms, o prostej, choć ciekawej formie, idealnie komponujący się chyba z każdą z pozostałych kuleczek ;)

Nadzieja (mleczny kwarc) - wycofany charms, o mlecznobiałej barwie, świetnie grający z całą resztą, nadający dowolnej kompozycji bardziej eleganckiego, wysublimowanego look'u.

Lojalność (akwamaryn) - jasnoniebieski, wycofany charms, który lubię łączyć z powyższą nadzieją.

Pandora Essence: Współodczuwanie, Duchowość, Cierpliwość

Duchowość (kryształ) - jedyny syntetyczny kryształ Essence, jaki posiadam. O ile w tym przypadku materiał średnio mnie cieszy, o tyle kolor uwielbiam i łączę w zasadzie ze wszystkimi pozostałymi ;)

Cierpliwość (agat) - błękitny, na wpół przezroczysty charms (choć zdarzają się też wersje nietransparentne), który pięknie wygląda w świetle dziennym. Jeden z moich ulubieńców, niestety również niedostępny już w regularnej sprzedaży.

Pandora Essence:Optymizm, Pasja, Duchowość

Optymizm (żółty kwarc) - wycofany charms, przezroczysty, o żółtym kolorze. Lubię łączyć go z Pasją i Duchowością, otrzymując w ten sposób prawie mondrianowskie kompozycje ;)

Pasja (syntetyczny rubin) - dostępny w regularnej sprzedaży koralik, półprzezroczysty, o nasyconym kolorze. Piękny, choć szkoda, że nie naturalny ;)

Pandora Essence: Pomyślność, Nadzieja, Współodczuwanie



Pomyślność (awenturyn) - piękny, zielony i - niestety - po raz kolejny niedostępny koralik, wykonany z rzadkiej odmiany kwarcu. Zdjęcia niestety nie ukazują głębi koloru - na żywo jednak jest po prostu cudowny.

Współodczuwanie (kwarc dymny) - niedostępny, brązowy, półtransparentny charms. Świetnie się prezentuje w zestawieniu z Nadzieją i Duchowością, Współodczuwaniem lub Pasją ;). Podobnie jak Pomyślność, kiepsko prezentuje się na zdjęciu, w rzeczywistości wygląda o niebo lepiej.


Przyznaję, że to chyba nie koniec moich chciejstw z kolekcji Essence. Marzy mi się skompletowanie wszystkich kamieni półszlachetnych, czyli dodanie do powyższego zbiorku Miłości wykonanej z kamienia księżycowego, Troskliwości z różowego kwarcu, Siły z czarnego spinela oraz Pozytywnego Nastawienia z magnezytu. Ta czwórka jednak wciąż jest dostępna w regularnej sprzedaży (i w regularnych cenach...), więc póki co poczekam na jakąś przyjemną promocję lub zimową wyprzedaż ;)


Moja kolekcja szminek MAC :)

Dzisiejszy post pewnie udowodni dwie rzeczy. Po pierwsze - moją miłość do szminek MAC, po drugie - nieumiarkowanie w zakupach kosmetycznych powiązane z czasowym brakiem poczytalności...  Nie przedłużając, zapraszam na małą prezentację i swatche... 21 pomadek MAC ;)


Widoczny na poniższych zdjęciach zbiorek, tworzyłam dość długo. Moja miłość do MACzkowych szminek zaczęła się bodajże w 2014 roku, kiedy w moje ręce wpadła pierwsza pomadka tej firmy, czyli Patisserie.


Na chwilę obecną szminki MAC totalnie zdominowały moją kosmetyczkę, towarzyszą im jedynie jakieś pojedyncze egzemplarze MUFE, Golden Rose i KIKO. Szminki, które postanowiłam Wam dziś pokazać, podbiły moje serce naprawdę pięknymi odcieniami, świetną jakością i przyjemnym zapachem. Lubię je również za opakowania, które są dość eleganckie i porządnie wykonane.


W swojej kolekcji mam ponad 20 kolorów, o pięciu różnych wykończeniach. Moim faworytem zdecydowanie są szminki typu Creemsheen oraz Matte, z kolei najmniej polubiłam się jak do tej pory z Frostami.

W ramach dzisiejszego postu, postanowiłam moje MACzki pogrupować kolorystycznie. Zdecydowałam, że nie będę ich opisywać, by nie tworzyć postu giganta. Przy każdej z grup wskażę  jedynie subiektywnych faworytów i niewypały, a także podlinkuję recenzje tych kolorów, którym zdążyłam już poświęcić osobne posty.

Zaczynajmy! ;)


Plumful (Lustre)    Recenzja: Soczyście... MAC Plumful 
Russian Red (Matte)   Recenzja: MAC Russian Red. Czy na pewno warto? 
Lustering (Lustre) 
Vegas Volt (Amplified) 
Costa Chic (Frost) 
Viva Glam Nicki (Satin)  

Z powyższej piątki moim zdecydowanym faworytem jest zrecenzowana już Plumful. Najmniej kocham w tej grupie Costa Chic, która moim zdaniem wygląda z lekka kiczowato.


Modesty (Creemsheen)    Recenzja: Ulubiona... MAC Modesty Lipstick :) 
Cherish (Satin) 
Cozy Up (Matte) 
Shy Girl (Creemsheen)    Recenzja: Shy Girl.. czyli nowa pomadka MAC w mojej kolekcji :) 
Peachstock (Satin) 
Myth (Satin)

W tej grupie nie mam konkretnego ulubieńca, co - jak można się domyślić - wynika z faktu, że kocham w zasadzie wszystkie tego typu nudziaki. Jednak mogę tu wskazać kolor, który nie do końca mi odpowiada, czyli Myth - bez kredki, pozwalającej na lekkie zaznaczenie i przyciemnienie ust, nie jestem w stanie wyjść w niej do ludzi; jest to bowiem odcień bardzo jasny, dający efekt "korektora na ustach".


Creme In Your Coffee (Creemsheen) 
Taupe (Matte) 
Creme Cup (Creemsheen)    Recenzja: Szminkowo... MAC Creme Cup 
Angel (Frost) 
Peach Blossom (Creemsheen)    Recenzja: Brzoskwiniowe usta? MAC Peach Blossom :)

W tej piątce wyróżnić muszę zdecydowanie Creme Cup i Angel, jako kolory pięknie prezentujące się niezależnie od pory roku, wykonanego makijażu oczu, opalenizny etc. ;) Są one bardzo do siebie zbliżone i powiem szczerze - nie warto inwestować w oba, choć z drugiej strony, są (przynajmniej przeze mnie) na tyle często używane, że raczej się nie zmarnują ;) Najmniej z tego zestawu używam Taupe - jako dość ciemny, czekoladowy brąz, nie zawsze mi odpowiada i nie zawsze pasuje do okazji/resztu makeup-u.


Rebel (Satin) 
Heroine (Matte) 
Candy Yum-Yum (Matte) 
Saint Germain (Amplified)    Recenzja: Szminka lalki Barbie? MAC Saint Germain

Ta, na szczęście niewielka grupka, to zdecydowany dowód na czasową niepoczytalność mojej osoby. W zasadzie lubię i używam jedynie Candy Yum-Yum, w pozostałej trójce albo źle się czuję (Rebel), albo wyglądam jak świr (Saint Germain), tudzież... zwłoki (Heroine).


I to już prawie wszystkie szminki MAC, jakie posiadam ;) Prawie, bo w mojej kosmetyczne znaleźć można też małą paletkę z trzema odcieniami, które jednak już swego czasu Wam pokazywałam ;) (dla zainteresowanych recenzja TUTAJ). Dajcie znać, czy któryś z kolorów wpadł Wam w oko, i czy chciałybyście zobaczyć którą z powyższych pomadek na ustach, w ramach kolejnej recenzji ;)

Kosmetyczni ulubieńcy wakacji 2017

Wakacje, które niestety skończyły się już jakiś czas temu, były dla mnie swoistym odwykiem - zarówno pod względem zakupów kosmetycznych, jak i w kontekście używania kosmetyków kolorowych ;) W zasadzie cały czas malowałam się w ten sam sposób (wręcz minimalistycznie!), za to w zakresie pielęgnacji uparcie testowałam dość sporą grupę nowości, z których niestety duża część okazała się niewypałami. Dzisiejszy post tym samym, przedstawia produkty, które w 100% skradły moje serducho, i które naprawdę mogę (i chcę) polecić. Nie przedłużając - przejdźmy do króciutkich recenzji, zwłaszcza, że wakacyjnych faworytów jest tym razem aż 9 ;)


Laura Mercier, Translucent Loose Setting Powder - to produkt, który już raz pojawił się w moich ulubieńcach, bodajże w marcu. W dalszym ciągu uważam ten puder za najlepszy, jaki miałam kiedykolwiek okazję stosować, po wakacjach muszę jednak z czystym sumieniem dodać, że sprawdza się on świetnie również w upalne dni. Używałam go i używam do tej pory w zasadzie codziennie, czasem solo, na samą strefę T, czasem na sam korektor, innym razem na podkład, czy też na krem BB. Puder Laury Mercier nie zawiódł mnie podczas rowerowych wycieczek, trzymał mój makijaż w ryzach podczas różnych spotkań towarzyskich (również tych kończących się późno w nocy), po prostu dawał mi komfort, o którym przy innych produktach tego typu mogłabym zapomnieć. Co ważne, mimo że używam go regularnie od około pół roku, w dalszym ciągu w opakowaniu pozostało go naprawdę dużo, dzięki czemu mogę stwierdzić, że jego cena wcale nie jest tak wygórowana, jak myślałam na początku ;)


MAC, Naked Pigment - to kosmetyk, który w mojej kosmetyczce gości od około trzech lat, jednak dość długi okres tego czasu przeleżał zapomniany. W lipcu tego roku przypomniałam sobie o nim i w zasadzie używałam go na okrągło w dwóch rolach - cienia do powiek i rozświetlacza. Pigment Naked jest zdecydowanie mniej słynny od Vanila, jednak moim zdaniem przeważa nad nim swoją uniwersalnością - jest to po prostu produkt idealny, jeśli chcemy uzyskać wrażenie delikatnego i świeżego makijażu.

Recenzja: MAC Naked Pigment



KIKO,  Kajal (Khol pencil)- o mojej miłości do kredek KIKO możecie się przekonać m.in. czytając TEN post. Kajal z KIKO, będący niesamowicie czarną i miękką kredką, dołączył do ukazanej we wspomnianym poście gromadki w lipcu i od razu stał się moim ulubieńcem. Jest to bowiem produkt, który cudownie się rozprowadza, pięknie rozciera, a przy tym nie rozmazuje na pół twarzy, gdy nieopatrznie przetrzemy powiekę... Czerń, jaką uzyskujemy przy jego użyciu, określiłabym jako mocno nasyconą i prawdziwą (a nie lekko szarawą, jak to czasem niestety bywa...). Odkąd go mam, muszę przyznać, że wszystkie inne eyelinery (w słoiczku, pisaki etc.) oraz tradycyjne kredki do oczu poszły w odstawkę ;)


Make Up For Ever, Sculpting Kit nr 1 - to kolejny nabytek wakacyjny, który już od samego początku mnie uzależnił :) Zestaw do konturowania z MUFE idealnie pasuje mi pod względem kolorystyki (zwłaszcza, gdy zmieszam oba kolory), długo trzyma się na twarzy i naprawdę łatwo nakłada. Rozcieranie w jego przypadku nie stanowi najmniejszego problemu, a efekt jest naprawdę naturalny i po prostu piękny. Po raz kolejny w przypadku MUFE muszę stwierdzić, że jestem w 100% zadowolona z zakupu, przez co marka ta powoli wysuwa się na prowadzenie pośród moich kosmetycznych faworytów...


Make Up For Ever, Rouge Artist Intense 38 - to kolejny produkt, który ponownie wraca do zestawienia moich ulubieńców ;) O szmince tej wspominałam już kilka razy, nie będę się więc powtarzać, tylko odeślę Was do recenzji ;) Mówiąc krótko - faktem jest, że po prostu królowała ona na moich ustach w lipcu i sierpniu, mimo że na wakacyjny wyjazd zabrałam chyba 6 pomadek ;)

Recenzja: Koralowa nowość w kosmetyczce. MUFE Rouge Artist Intense 38



Mixa, Optymalna Tolerancja, Płyn micelarny do skóry bardzo wrażliwej i reaktywnej - jeśli chodzi o płyny micelarne, to do tej pory moimi faworytami były Bioderma Sensibio oraz Garnier do skóry wrażliwej. Pod koniec czerwca do tego grona dołączyła też Mixa - cenowo zbliżona do Garniera, pod względem właściwości przypominająca mi Biodermę ;) O tym płynie z pewnością powstanie osobny post, w tym momencie mogę jedynie stwierdzić, że biorąc pod uwagę trzy czynniki, czyli cenę, wydajność i działanie, jest on obecnie moim zdecydowanym numerem 1.


DKNY, Be Delicious EDP - to perfumy, które w moje ręce trafiły nieco przypadkowo, a które zarazem niespodziewanie stały się moim ulubionym letnim zapachem bieżącego roku. Be Delicious, z uwagi na ich popularność, przez długi czas omijałam szerokim łukiem, w końcu jednak nie tylko się do nich przekonałam, ale i poważnie się nimi zauroczyłam ;) Ich zapach jest świeży, lekki, na mojej skórze utrzymuje się stosunkowo długo (a przynajmniej tak twierdzi mój mężczyzna; sama dość szybko przestaję je czuć). Kompozycję Be Delicious określiłabym jako dość neutralną, niezobowiązującą, łagodnie rozwijającą się na skórze. Po prostu przyjemniaczek, idealny na co dzień.


Davines, Essential Haircare, Melu Conditioner - jest produktem, któremu zawdzięczam znaczną poprawę stanu włosów. Odżywka Melu zachwyca mnie swoim działaniem - świetnie dyscyplinuje włosy, wygładza je, potęguje ich blask i sprawia, że wyglądają po prostu bardziej zdrowo. Mimo dość wysokiej ceny, uważam ją za naprawdę dobry zakup i nie żałuję ani jednej złotówki na nią wydanej.

Recenzja: Davines Melu Conditioner. Odżywka na piątkę z plusem ;)



Bingo Spa, Sól do stóp ze skłonnościami do obrzęków i opuchlizny - jest w zasadzie ulubieńcem moim i mojej mamy ;) Produkt ten działa tak, jak obiecuje nam producent - faktycznie łagodzi opuchliznę i obrzęki spowodowane upałami, czy też wysiłkiem fizycznym, dodatkowo przynosi naprawdę odczuwalną ulgę stopom. Dużym plusem tej soli jest także fakt, że jest ona naprawdę tania i stosunkowo wydajna (choć wiadomo - w tej ostatniej kwestii wszystko zależy od nas i od tego, ile produktu zużywamy na jeden zabieg). Sól z Bingo Spa to prostu must have, jeśli macie problemy ze spuchniętymi nogami.


I to już chyba wszystko, jeśli chodzi o moich wakacyjnych ulubieńców. Dajcie znać, czy używałyście któryś z tych produktów :)

Kolejny bubelek... Olejek do demakijażu Lierac

Mój ostatni wrześniowy post poświęcony był kosmetycznemu bublowi z Evree. Dziś, niestety, pora na kolejny rozczarowywujący produkt, tym razem francuskiej marki Lierac.


Krótko po przeczytaniu "Sekretów urody Koreanek" postanowiłam wdrożyć w życie kilka opisanych w tej książce zasad, m.in. dotyczących kilkustopniowego oczyszczania skóry. Zrobiłam mały przegląd olejków do mycia twarzy, ostatecznie decydując się na dwa - jeden z Bielendy (na którego recenzję przyjdzie pora już za jakiś czas), drugi z Lierac.


Na olejek oczyszczający do demakijażu twarzy i oczy Lierac skusiłam się po przeczytaniu kilku opinii na KWC. Recenzji tego produktu nie jest może tam zbyt wiele, niemniej praktycznie wszystkie są pozytywne i opisują go, jako kosmetyk wart wypróbowania. Na początek przedstawie Wam może kilka jego plusów, które faktycznie zaobserwowałam stosując go od początku minionych wakacji.


Olejek Lierac ma fajną konsystencję, która jednak pod wpływem wody nie zmienia swoich właściwości w jakiś spektakularny sposób,a dokładniej - nie zmienia się w piankę ;). Jego zapach jest moim zdaniem całkiem przyjemny i zdecydowanie niedrażniący. Opakowanie jest ładne, pompka idealnie dozuje produkt i nie zacina się. Olejek nie zapycha porów, nie wysusza, nie pozostawia ciężkiej do zmycia warstwy. Skóra po jego użyciu nie jest ściągnięta,a wręcz przeciwnie - ma się wrażenie lekkiego nawilżenia, jest przyjemna w dotyku i gładka. Jeśli chodzi o wydajność i jej stosunek do ceny, muszę stwierdzić, że jest całkiem przyzwoicie - produkt ten kosztuje co prawda niemało, bo ok 50-60 zł, niemniej używając go od początku lipca (często dwa razy dziennie) zużyłam niewiele ponad pół opakowania.


Po powyższym opisie, można się zastanawiać, o co właściwie mi chodzi, czemu uważam olejek z Lierac za bubel, którego zdecydowanie nie mogę polecić. Otóż przyczyny są dwie - obie dość mocno związane z oczami ;)

Po pierwsze, Lierac zupełnie nie radzi sobie z demakijażem, zwłaszcza okolic oczu. Mogę sobie nim 5 minut pocierać powieki i rzęsy, a jedyny efekt jaki uzyskam to "tłusta panda" z na wpół zmytym tuszem do rzęs i plamami po cieniach roztartymi na pół twarzy. Po drugie - powoduje on dość mocne szczypanie, daje efekt "mgły przed oczami", która u mnie utrzymuje się przez dłuższą chwilę od użycia i jest wyjądkowo dyskomfortowa. Innymi słowy zupełnie nie sprawdza się w roli, w jakiej oficjalnie ma być używany, tj. jako produkt do demakijażu.


Po wielu nieudanych próbach usuwania olejkiem Lierac tuszu, cieni, czy choćby podkładu, poddałam się i ostatecznie od jakiegoś czasu używam go jedynie w dni wolne od makeup-u, lub tylko rano - jako zwykły kosmetyk myjący sprawdza się stosunkowo dobrze. Gdyby producenta nie poniosła fantazja i nie określił go produktem do demakijażu, pewnie moja ocena byłaby inna. Ale w obecnej sytuacji, muszę po prostu stwierdzić, że w swojej kategorii jest po prostu kiepski.

Blogowe podsumowanie sierpnia 2017

Po wakacjach zostało już tylko wspomnienie. Dzieciaki rozpoczęły kolejny rok szkolny... Skończył się tym samym sierpień, pora więc na małe podsumowanie kolejnego miesiąca na blogu ;)


W ubiegłym miesiącu opublikowałam osiem postów, czyli w sumie nie było pod tym względem ani szczególnie źle, ani dobrze. Ot średnio ;) Tradycyjnie już, nie udało mi się w pełni zrealizować swoich zamierzeń, przykładowo tekst o Pandorze i jej kolekcji Essence wciąż czeka na napisanie ;) Życiowo - przez większość sierpnia odpoczywałam leniłam się i zbierałam siły do powrotu do pracy, w której wir wpadłam równo tydzień temu. Zakupowo nastomiast trzymałam się nieźle, w zasadzie poza kilkoma podstawowymi produktami (typu nić dentystyczna i waciki), nie kupiłam z nic kosmetyków, powstrzymałam się nawet przed udziałem w kolejnej odsłonie promocji Rossmann. Byłabym z siebie pod tym względem szaleńczo dumna, gdybym równocześnie nie popłynęła w kwestii zakupów biżuteryjnych, niemniej ten wątek pomińmy milczeniem...

Jako że pora jest już stosunkowo późna (a budzik nieubłaganie będzie dzwonił o 6 rano...), nie będę już może przedłużać. Życzę Wam po prostu udanego tygodnia i zostawiam z listą postów, które opublikowałam w sierpniu :) Jeśli macie ochotę, zapraszam do nadrobienia zaległości ;)


Bubelek.. Tonik Evree Pure Neroli

Jakiś czas temu pisałam Wam o toniku Sylveco, który totalnie zmienił moje podejście do tego typu produktów i zwyczajnie w sobie rozkochał. Dziś pora na recenzję kolejnego toniku, tym razem od Evree ;)


Na normalizujący tonik do twarzy Evree Pure Neroli skusiłam się przed samymi wakacjami. Produkt ten spodobał mi wizualnie, zaintrygowała mnie też jego forma i słowa producenta dotyczące stosowania - tonik ten rozpylać należy bezpośrednio na twarz, odradzane jest używanie w jego przypadku wacika. Atomizer działa tu bez zarzutu, sam produkt pachnie bardzo przyjemnie i orzeźwiająco, przypomina mi tym samym nieco mgiełki do ciała. z tą jednak różnicą, że jego zapach ulatnia się zdecydowanie szybciej, czyli w sumie od razu po aplikacji ;) Normalizujący tonik Pure Neroli jest produktem całkiem wydajnym i łatwo dostępnym; kosztuje ok. 15-20 zł za 200 ml.


Tonik Evree wydawał mi się idealny na wakacje z uwagi na cytrusowy zapach, wspomniany sposób aplikacji oraz obietnice dotyczące zrównoważenia wydzielania sebum. Tonik ten skierowany jest do osób z tłustą cerą, ma wpływać na wielkość porów, wygładzać i matowić skórę, a przy tym wszystkim ją nawilżać... No a przynajmniej ma te wszystkie rzeczy robić "w teorii". W praktyce bowiem nie wywiązuje się chyba z żadnej z tych obietnic.


Tonik po rozpyleniu stosunkowo szybko się wchłania, jednak pozostawia na skórze lepką warstewkę, która sprawia, że mam wrażenie, iż jest ona zwyczajnie brudna. Nie koi skóry, co więcej aplikacja tego kosmetyku na podrażnione miejsca skutkuje nieprzyjemnym pieczeniem, a rozpylenie go w okolice oczu sprawia, że momentalnie zaczynają one boleć... 


Działanie, jakie wykazuje przy dłuższym stosowaniu, jest krótko mówiąc - nijakie. Po dwóch miesiącach nie zauważyłam jakichkolwiek pozytywnych zmian w mojej cerze. Nie wpłynął on w żadnym stopniu na zmatowienie mojej strefy T, nie zmniejszył nawet minimalnie wydzielania sebum, a wręcz je z lekka spotęgował. Podkład, nałożony na twarz po aplikacji tego toniku, utrzymywał się krócej i łatwiej warzył w newralgicznych miejscach. Dodatkowo uważam, że jako fixer sprawdza się równie kiepsko, rozpylony na makijaż nie wpływa na jego trwałość, a jedynie sprawia, że momentalnie zaczynam się świecić. 


Ktoś, kto opisał ten produkt jako idealny "do skóry tłustej z niedoskonałościami" miał wyjątkowe poczucie humoru. Może tonik Pure Neroli sprawdziłby się w jakimś stopniu u osób ze skórą suchą lub normalną, ale w przypadku mieszanej i tłustej jest po prostu kiepskim wyborem. Dla mnie jest to po prostu bubelek, niestety.




PS Inne recenzje produktów Evree znajdziecie pod poniższymi likami ;)

Magiczny olejek? Evree Magic Rose
Evree Sugar Lips, czyli naprawdę fajny peeling do ust :)

Pandora, czyli drobiazg na koniec wakacji ;)

Wakacje powoli się kończą, moje skończą się dokładnie w najbliższy piątek. O 15 mam samolot do Polski, a w poniedziałek grzecznie pójdę do pracy... Na samym finiszu kolejnego, trzeciego już lata w Hadze, postanowiłam zrobić sobie mały prezent, który będzie mi przypominał o minionych kilku tygodniach :)


Miałam Wam zrobić dłuższy wpis poświęcony mojej Pandorze Essence, niemniej chyba z niego zrezygnuje i za jakiś czas pokażę po prostu całą moją kolekcję, obejmującą już nie tylko Essence, ale i Moments*. A dziś tylko pochwalę się nowym nabytkiem ;)


W Holandii do 30 sierpnia obowiązuje promocja w której za 69 euro możemy zakupić zestaw obejmujący dowolną bransoletkę (max. 59€) oraz charmsa (max. 29€). Zastanawiałam się nad tym zestawem od jakiegoś czasu, a upewniłam w chęci zakupu widząc, że w Holandii wciąż dostępny jest jej symbol - charms Wiatrak ;)


Na stronie internetowej prezentuje się on dość niepozornie, moje zdjęcia prawdopodobnie też nie oddają w pełni jego uroku, niemniej na żywo jest po prostu piękny. Do tej pory nie miałam żadnego charmsa  z kolekcji Moments, wręcz zaklinałam się, że nigdy nie będę miała, bo średnio przekonują mnie w całości zapełnione bransoletki, które zazwyczaj widziałam na zdjęciach. Jednak ten misterny wiatraczek, w połączeniu ze sztywną bransoletką bangle mnie po prostu w sobie rozkochał.

To "małe, czarne" to stoppery, do włożenia w środek charmsa, by nie przesuwał się samodzielnie po bransoletce. Dostałam je w gratisie ;)

I na koniec zdjęcie z mojego instagrama, prezentujące całą moją obecną kolekcję - holenderskie cudeńko i bransoletkę Essence ze wszystkimi koralikami, jakie posiadam (na co dzień zakładam kombinację wybranych trzech).



*całą, czyli jeszcze bardziej powiększoną - na jednej z grup poświęconych biżuterii pojawiła się bowiem wiadomość, że od 28 sierpnia w Pandorze obowiązywać będzie promocja 3za2. Innymi słowy - przypuszczalnie do Wiatraczka dołączy coś nowego końcem sierpnia ;)