Na ratunek wypadającym włosom - Radical Med, Kuracja w ampułkach

W ostatnim roku dość dużym problemem stało się dla mnie wypadanie włosów. Dzięki niedoczynności tarczycy i niemałej dawce stresu, włosy szybko traciły na objętości, a ja zaczęłam szukać rozwiązania, które uzupełniałoby zdrowszą dietę i terapię hormonalną. Przetestowałam kilka droższych i kilka tańszych produktów, aż wreszcie trafiłam na Radical Med, Kurację w ampułkach przeciw wypadaniu włosów.


Ampułki wraz nakładką do dozowania produktu, otrzymujemy w kartonowym, błyszczącym opakowaniu. Zawiera ono 15 ampułek, z których każda wystarcza mi na dwa zastosowania. Całe opakowanie kosztuje ok. 25-30 zł. Producent zaleca aplikację produktu codziennie przez 4 tygodnie, a następnie co drugi dzień przez kolejne 8 tygodni.


Apmułki Radical Med są dość wygodne w stosowaniu. Nic się tu podczas aplikacji nie rozlewa, łatwo jest je rozprowadzić (dzięki załączonej nakładce). Ampułki nie podrażniły mojej skóry głowy, ale niestety lekko przyspieszyły przetłuszczanie włosów. Ich zapach określiłabym jako całkiem przyjemny, zupełnie nie irytujący.


Jeśli chodzi o działanie, to gdzieś w połowie drugiego opakowania zauważyłam poprawę stanu włosów. Przede wszystkim - zmniejszyło się ich wypadanie (choć tu pewnie też wpływ ma uregulowanie pracy tarczycy, bo stresu niestety ile było, tyle jest...), włosy wizualnie się zagęściły i zaczęły lepiej wyglądać. Przy regularnym stosowaniu odnotowałam większą ilość babyhair, niemniej nie zauważyłam jakieś znaczącej zmiany jeśli chodzi o tempo przyrostu.


Obecnie jestem w trakcie trzeciego opakowania i najprawdopodobniej po jego skończeniu na jakiś czas odstawię te ampułki, coby nadmiernie nie przyzwyczaić włosów do ich działania. Podejrzewam jednak, że jeszcze nie raz i nie dwa do nich wrócę, bowiem temat wypadających włosów staje się dla mnie aktualny dość często... Jeśli macie podobne problemy, a jeszcze nie miałyście okazji wypróbować tych ampułek - zdecydowanie polecam, choć trzeba podkreślić, że przy stosowaniu tego typu produktów potrzebna jest duża systematyczność i odrobina cierpliwości ;)

Jak pachną kwiaty wiśni? Yves Rocher Cerisier en Fleurs


Na blogu rzadko publikuję opisy zapachów, co wynika z faktu, że recenzowanie ich bywa ciężkie. Dziś jednak postanowiłam napisać Wam parę słów o wodzie toaletowej, która ostatnio mi towarzyszy - Yves Rocher Kwiaty Wiśni (Cerisier en Fleurs), pochodzącej z serii Un Matin au Jardin .


Opakowanie tej wody jest dość proste - szklana buteleczka bez żadnych zbędnych ozdób, z metalowym atomizerem, zapakowana w tekturowy kartonik. Cena regularna Kwiatów Wiśni to 89 zł za 100 ml, niemniej często da się je kupić za mniej (przykładowo obecnie kosztują 59 zł), lub po prostu dostać w gratisie ;)


Zapach Cerisier en Fleurs jest naprawdę ładny - delikatny, nieco słodkawy, kwiatowy z zieloną nutą. Nie jest duszny, ani mdły, świetnie sprawdza się w cieplejsze dni (latem - idealny). Jest kobiecy, ale w taki delikatny, urokliwy i świeży sposób. Niezbyt skomplikowany; raczej nie rozwija się na skórze z upływem czasu.


Kwiaty wiśni w wersji Yves Rocher bardzo mi się podobają, ale mają jedną, dużą wadę - są nietrwałe. Na ciele utrzymują się około godziny, z ubrań znikają równie szybko. Zresztą, w moim odczuciu mamy tu raczej do czynienia z mgiełką, niż z wodą toaletową, i tak też ten produkt używam.


Gdyby Cerisier en Fleurs miały choć odrobinę lepszą trwałość, były choć troszkę mniej ulotne - z pewnością bym je polecała. A tak, mam dość mieszane uczucia... Z pewnością warto ten zapach przetestować w sklepie YR i ewentualnie skusić się na niego przy okazji jakiejś akcji promocyjnej, ale w cenie regularnej - lepiej chyba odpuścić i zainwestować w coś tańszego ;) 

Wągry? Pilaten Suction Black Mask

W momentach, gdy człowiek jest przemęczony i zestresowany, dobrze jest sobie wygospodarować trochę czasu na lekturę jakiejś dobrej kiążki oraz małe, domowe spa. A czymże jest domowe spa bez maseczki? ;)


Bohatera dzisiejszego, tj. Pilaten Suction Black Mask postu zobaczyłam już jakiś czas temu na blogu Magdaleny i mimo że do sprowadzanych z Azji kosmetyków mam średnie zaufanie, to od razu zdecydowałam się na zakup.


Pilaten Suction Black Mask to maska typu peel off, mająca za zadanie rozprawić się z naszymi zaskórnikami. Ma ona dość ciekawy kolor (prawdziwa, nietransparentna czerń!) i średnio gęstą konsystencję - z twarzy nam nie spłynie, ale podczas aplikacji należy być czujnym, jeśli nie chcemy ubrudzić wszystkiego dookoła. Maska ta ma dość proste, estetyczne opakowanie zaopatrzone tekstem, którego chyba 99% naszego społeczeństwa nie odczyta ;)


Przyznaję, że pomimo kompulsywnego zakupu, już po otrzymaniu paczki, nieco wahałam się przed pierwszą aplikacją, bojąc się, że zwyczajnie mnie uczuli lub podrażni. Na szczęście moja skóra zareagowała dość dobrze, obyło się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Nakładam ją dość cienką warstwą na całą twarz. Po wyschnięciu po prostu  ściągam - przy czym - UWAGA - radzę pamiętać o niesmarowaniu nią brwi, czy też tzw. baby hair ;)


Maska, jak już wcześniej wspomniałam, ma za zadanie oczyszczać twarz z wągrów... I cóż, działa ona w sposób typowy dla chociażby plasterków oczyszczających - mocno łapie włoski i po prostu je wyrywa. Przy takim procesie czasem faktycznie jakiś por się oczyści, choć niestety - szału po jednorazowym użyciu nie możemy się tu spodziewać. Na dłuższą metę pory jednak faktycznie sprawiają wrażenie oczyszczonych, a porównując do działania drogeryjnych plasterków - jest bardzo dobrze.Po jednorazowym użyciu zauważalny jest za to inny efek...Black Mask usuwa wszystkie mniejsze czy większe (tak, właśnie dlatego warto uważać przy brwiach...) włoski, sprawiając, że twarz jest zdecydowanie gładsza w dotyku i wizualnie rozjaśniona. Po użyciu tego produktu, skóra jest oczywiście zaczerwieniona (zwłaszcza jeśli zdejmuje się ją dość energicznie i szybko ;)), jednak - przynajmniej u siebie - nie występuje ściągnięcie, przesuszenie skóry.



Podsumowując - jest to całkiem fajny produkt, wart wypróbowania. Na jego plus działa też dość duża wydajność i niska cena - w zależności od źródła i aktualnej promocji kosztuje od ok. 2 do 10$. Polecam, choć przyznaję, że nie wiem, czy do niej wrócę - chyba będę dalej szukała czegoś idealnego na rozszerzone i zanieczyszczone pory ;)

Promocja w Rossmanie - część 3. i pastelowe NOTD :)

Obecnie obowiązuje już w Rossmannie trzecia, ostatnia część promocji, obejmująca produkty do paznokci oraz do ust. Pomadki i błyszczyki postanowiłam sobie tym razem odpuścić, ale kilku nowym lakierom nie mogłam się oprzeć ;)


Po raz kolejny postanowiłam dokonać zakupu poprzez sklep internetowy Rossmann z opcją odbioru w drogerii stacjonarnej. I był to bardzo dobry pomysł, bo oglądając opakowania poniższych lakierów w drogerii, pewnie nie dałabym się skusić ;)


Po pierwsze trafiły do mnie lakiery L'oreal z serii Color Riche Les Blancs, a dokładniej:


853 Menthe Glace - jasna mięta, kojarząca mi się nieco z Tiffany Blue
852 Pistachio Drage - bardzo mocno rozbielona pistacjowa zieleń
850 Lemon Meringue - śliczny i wyjątkowo napigmentowany (jak na tego typu kolor) kanarkowy odcień
857 Chantilly Lace - biel


W opakowaniach (swoją drogą - malutkich, może dzięki temu uda mi się je zdenkować kiedyś ;)) wyglądają one średnio, na paznokciach - ślicznie! Całkiem dobrze się je nakłada, pigmentację i krycie, jak na pastele, mają prawie idealne. Cena lakierów z serii Color Riche jest dość zróżnicowana (czemu? nie wiem), za swoje kolory płaciłam 3,71 zł/sztuka (przed promocją 7,29 zł).

Skusiłam się też na dwa kolory Eveline MiniMAX quick dry & long lasting - nr 143 i 133. 143 to róż złamany odrobiną fioletu, posiadający drobinki - na szczęście na tyle drobne, że prawie niewidoczne (ten, kto regularnie czyta moje posty, powinien już wiedzieć, że drobinek w lakierach nienawidzę).


Kolor przypomina mi nieco mój ukochany Splash of Grenadine z Essie (klik!), ale muszę je jeszcze na spokojnie porównać, by móc stwierdzić, jak duże jest owo podobieństwo ;) 133 to z kolei soczysta, jasna zieleń, czyli kolor zupełnie nie "mój". Nie mam takiego w kolekcji, raczej na pewno nigdy go nie położę solo na wszystkich paznokciach, ale uznałam, że może się przydać do robienia zdobień. Cena lakierów z Eveline przed promocją to 6,19 zł, po zniżce - 3,15 zł ;)

Ostatnią rzeczą, na jaką się skusiłam jest chyba wszystkim znany i przez wszystkich lubiany zmywacz Isana.


Jeśli chodzi o moje "paplanie o zakupach", to już kończę, a Was zostawiam ze zdjęciami moich obecnych paznokci, ozdobionych przy użyciu wyżej wymienionych lakierów :) Gdyby nie fakt, że Seche Vite nieco ściągnął się przy skórkach, uznałabym, że wyszło mi - nieskromnie mówiąc - idealnie ;) Miłego weekendu!



TAG Kocham wiosnę + mały miks z instagrama ;)

Dawno nie było na blogu żadnego tagu, pora więc nadrobić zaległości, a przy okazji ozdobić go kilkoma zdjęciami z mojego instagrama (KLIK). Jeśli macie ochotę również odpowiedzieć na te pytania - zapraszam :) 


1. Ulubiony wiosenny lakier?

Wiosennych ulubieńców lakierowych mam sporo.. Łączy ich wszystkich jedna rzecz - pastelowy odcień! Uwielbiam pastele, ale o ile w chłodne, ciemnie miesiące nie mam problemu z takowym różem, to np. mięty, limonki jakoś na swoich paznokciach nie widzę... Wiosną, tego typu kolory wracają do łask, zresztą zdecydowanie lepiej prezentują się przy nieco żywszej karnacji ;)


2. Ulubiony wiosenny produkt do ust?

Paletka z MAC, zawierająca trzy wiosenne odcienie: Pure Zen, Coral Bliss i Lady Danger. Czemu wyszła w ramach świątecznej, zimowej kolekcji? Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć.


3. Ulubiony ciuch na wiosne?

Bluzki w jasne, kwiatowe wzory i bokserki (najczęściej - z Primarka - mam chyba we wszystkich możliwych kolorach) oraz sukienki, które od września do kwietnia wiszą sobie spokojnie w szafie ;)


4. Ulubiony kwiatek?

Bardzo lubię tulipany (ale nie ścięte, a ogródkowe :P). Poza tym, już nie mogę się doczekać konwalii, które po prostu uwielbiam.


5. Ulubiony wiosenny dodatek?

Okulary przeciwsłoneczne, najlepiej z niebieskimi oprawkami ;) Moje ukochane, widoczne na zdjęciu powyżej, uległy jakiś czas temu wypadkowi... Obecnie jednak mam bardzo podobne i od kilku dni nie opuszczam bez nich domu.

6. Które wiosenne trendy podobają Ci się najbardziej (moda, uroda, cokolwiek)?

Kulinarny zryw w kierunku zdrowego i lekkiego odżywiania. Koktajle i sałatki wiosną wracają do łask ;)


7. Ulubiona wiosenna mgiełka/ perfumy?

Nie mam. Za to wiem, jaka świeca będzie mi w tę wiosnę towarzyszyć ;)


8. Co kojarzy Ci się z Wiosną?

Odliczanie do lata i powrót do przyjemnych, wieczornych spacerów, ale też wycieczki, mniejsze i większe ;)


10. Jak spędziłaś majówkę?

Sprzątałam, nadrabiałam zaległości w pracy, spacerowałam, jeździłam na rowerze i czytałam książki - czyli wszystkiego po trochu ;)

Smakowita Ella - recenzja książki

Jakiś czas temu, nieco przez przypadek, wpadła mi w ręce książka Elli Woodward "Smakowita Ella". Autorka tej pozycji to znana blogerka kulinarna, której bloga znaleźć możecie pod TYM linkiem. Ella w swoich przepisach stawia na żywność naturalną, roślinną i bezglutenową.


"Smakowita Ella" podzielona została na 12 części (nie licząc kończących ją podziękowań ;)) Na samym jej początku dowiadujemy się o problemach zdrowotnych autorki, które to skłoniły ją do zmiany stylu życia, a tym samym i odżywiania. Kolejny rozdział opisuje ogólnie podstawowe produkty żywieniowe, pojawiające się w jej przepisach, następne rozdziały stanowią już same przepisy, poprzedzone dość szczegółowymi wstępami, bazujące na: produktach zbożowych, roślinach strączkowych, warzywach, owocach. Dalej znaleźć możemy parę informacji na temat soków i smoothie, porady dotyczące wprowadzania opisanej tu filozofii żywieniowej w życie, adresy (sklepów w Londynie, ale i stron internetowych etc.), garść "często zadawanych pytań" i wreszcie - indeks wg produktów spożywczych - dość przydatny, bardzo kojarzący mi się z tagami na blogach kulinarnych ;)


Książka "Smakowita Ella" z pewnością jest ślicznie wydana, sztywna okładka, ładna szata graficzna i naprawdę kuszące zdjęcia potraw robią swoje ;) Wszelkie dodatkowe informacje uzupełniające przepisy, są dość ciekawe i dla żywieniowego laika - w zupełności wystarczające. Zresztą uważam, że świetnie została tu zachowana równowaga między opisami i wyjaśnieniami dotyczącymi proponowanej diety, a samymi przepisami (których znajdziemy ponad 100).


Same przepisy podobają mi się - są w większości naprawdę proste i łatwe w przygotowaniu, zresztą cały ich urok tkwi właśnie w owej prostocie. Swoją drogą, największym kulinarnym olśnieniem w tej książce były dla mnie daktyle, w środek których włożona została odrobina masła orzechowego - jest to coś po prostu genialnego w smaku, świetnie zaspokajającego ochotę na słodkie, a przy tym tak banalnego, że pewnie mało kto sam z siebie, by na taki pomysł wpadł (no a przynajmniej ja do czasu przeczytania tego arcyprostego przepisu - nie wpadłam). Przy całej prostocie receptur, niestety niektóre sugerowane przez autorkę składniki, już tak banalne nie są... Zamiast zwykłych daktyli, w przepisach pojawiają się daktyle Medjool (gdzie ja mam je u licha kupić?!), poza tym autorka często używa sosu tamari i pasty miso których też raczej próżno szukać na sklepowych półkach. Dostępność kuminu, czy pasty tahinii w zwykłych, stacjonarnych sklepach też bywa dość nieoczywista. I tak sobie można wymieniać... Na szczęście jednak - od czego są sklepy internetowe? ;)


W całej tej książce jest jedna rzecz, która dla wielu może być plusem, wspaniałą inspiracją etc., dla mnie jednak jest dość dużym minusem -  przekaz pt. dieta jest w stanie cię w wyleczyć z każdej choroby. Wiem, że są osoby, które w to wierzą i staram się tę wiarę szanować, mimo że kompletnie jej nie rozumiem, niemniej uważam, że wmawianie innym poprzez książki, blogi etc. takich rewelacji, jest kiepskim pomysłem, zwyczajnie bowiem można komuś zaszkodzić. Drażnią mnie porady, choćby zawoalowane, w stylu "leczenie konwencjonalne jest be, kup moją książkę, zacznij jeść tak, jak ci mówię, a wyzdrowiejesz". No a tu niestety autorka momentami dość mocno zbliża się do takiego przekazu...


Mimo wszystko książkę polecam, zarówno weganom i miłośnikom zdrowego stylu życia, jak i mięsożercom, którzy mają ochotę nieco rozszerzyć swoje kulinarne horyzonty ;) Jest ładnie wydana, zawiera porządną dawkę ciekawych przepisów - po prostu warto się z nią zapoznać, albo chociaż odwiedzić bloga Elli by choć trochę zrozumieć na czym polega jej fenomen.

Blogowe podsumowanie kwietnia :)

Kwiecień za nami, pora na podsumowanie ;)


Cokolwiek by nie mówić, kwietnia nie mogę zaliczyć do miesięcy udanych blogowo. Pod wszystkimi innymi względami jednak był okey, przykładowo pod względem wyjazdowym, bo w końcu udało mi się zawitać do Krakowa, ale też odwiedzić Bydgoszcz (z której kilka zdjęć umieszczę pod koniec wpisu). Niemniej, wracając do bloga, z dużym trudem udało mi się napisać dość marną liczbę notek, bo jedynie 12. Marną, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę moje ambitne plany, ale też i ilość zdjęć, jaka czeka na swoją kolej...
Zostawiam Was więc, już tradycyjnie, z pełną listą opublikowanych w ubiegłym miesiącu postów, sama natomiast idę przeglądać owe zdjęcia... Jutro postaram się pojawić tu z kolejną recenzją książkową, raczej nie związaną z kosmetykami, ale zawierającą garść informacji, dotyczących tego, jak możemy wspomóc nasze naturalne piękno ;)

1. Coś dla sroczek, czyli dopadła mnie nowa potrzeba zakupowa ;)
2. Blogowe podsumowanie marca :)
3. Ulubieńcy marca :)
4. Spowiedź zakupoholiczki...
5. Semilac Hardi Clear, Hardi Milk i Hardi Rosa - który wybrać?
6. NOTD, czyli lakiery KIKO i naklejki Born Pretty Store :)
7. Błyskotki... KIKO Wanderlust LE
8. Lush Love Lettuce - miłość, czy... bubelek?
9. Promocja w Rossmannie - o tym, co kupiłam podczas pierwszego tygodnia ;)
10. Parę słów (i dużo zdjęć)... Modna i już! Moda w PRL
11. Promocja w Rossmannie - tydzień drugi :)
12. Ulubieńcy kwietnia :)

A Bydgoszcz ostatnio prezentowała się tak :)