Garść inspiracji... wiosenne paznokcie

Z okazji piątku 13-ego postanowiłam podzielić się z Wami kolejną garścią inspiracji paznokciowych. Jako że pogoda nas rozpieszcza od jakiegoś czasu, temat będzie dość oczywisty - lekka, przyjemna i słoneczna wiosna, a co się z tym wiąże, także dużo kwiatów w różnym wydaniu ;) W ilości - jakżeby inaczej - trzynastu zdjęć.


Tego typu manicure bardzo mi się podoba, choć przyznaję, że sama sprawiam sobie podobne wzorki na dłoniach raczej rzadko, najczęściej gdy mam więcej wolnego od pracy, lub też gdy szykuje mi się jakaś specjalna okazja ;)

Przyznać też muszę, że tym razem inspiracje obejmują już bardziej skomplikowane pod względem "artystyczno-technicznym" projekty. Jeśli któryś z nich wpadnie Wam w oko, polecam wybrać się z nim do kosmetyczki, albo raczej - manicurzystki. Przy okazji chciałabym Wam przypomnieć o Moment.pl, czyli serwisie który pozwala łatwo umówić wybraną wizytę, a także porównać oferty salonów kosmetycznych z Waszej okolicy. Przykładowo, jeśli jesteście z Warszawy, możecie kliknąć w TEN link, aby zapoznać się z ofertą salonów w tym mieście ;)

Jak wygodnie i szybko zarezerwować wizytę w salonie? Czyli parę słów o Moment.pl :)

Tymczasem, zostawiam Was już ze zdjęciami. I mam nadzieję, że piątek 13-ego upłynie Wam w bardzo dobrej atmosferze :)













Co jest w mojej kosmetyczce?

Jednym z ulubionych typów postów, które lubię czytać na innych blogach kosmetycznych, jest ten, prezentujący aktualną zawartość kosmetyczki danej blogerki. Na moim blogu taki wpis pojawił się do tej pory bodajże dwa razy, ostatnio pod koniec 2015 roku. Od tamtej pory zawartość nieco się zmieniła, ale pozostało ze mną kilka rzeczy, którym wciąż jestem wierna i pewnie - długo jeszcze będę ;)


Od jakiegoś czasu totalnie przeszedł mi szał na makijaż oczu, mniejszą uwagę przykładam też do eksperymentów z kolorami pomadek, za to całkiem porządną - do skóry i jej możliwie jak najbardziej nieskazitelnego wyglądu. A ten, w ostatnim czasie próbuję uzyskiwać, głównie przy użyciu trzech produktów, które uwielbiam - podkładu Maybelline Fit Me!, korektora Liquid Camouflage z Catrice oraz pudru transparentnego Laury Mercier.


Recenzja: Drogeryjna perełka. Maybelline Fit Me! 
Recenzja: Najlepszy puder sypki, jaki znam. Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder 
Recenzja: Catrice Liquid Camouflage - czy naprawdę jest wart uwagi?

Do lekkiego konturowania - czy też bardziej - do podkreślenia policzków używam na co dzień MUFE Sculpting Kit, który swego czasu upolowałam za świetną cenę w TkMaxx. Gdy wiem, że znaczną część dnia spędzę na zewnątrz, przy naturalnym oświetleniu, sięgam również po słynne meteoryty Guerlain, które są ze mną od czerwca 2012 roku ;) Kocham w nich to, jak pięknie rozpraszając światło słoneczne, wygładzając optycznie skórę i nadając jej blasku. Równocześnie muszę jednak przyznać, że w świetle sztucznym takiego efektu "wow" nie widzę...


Recenzja: Mój mały hit :) MUFE Sculpting Kit 
Recenzja: Guerlain, Meteorites Perles

Jeśli chodzi o kosmetyki do oczu, w zasadzie ciągle towarzyszy mi cały ich zestaw, na który składają się pojedyncze cienie Makeup Geek, Kobo i MAC upchnięte w małą Z Palette. Z tej zbieraniny najczęściej sięgam po Kobo 216 Mocha Latte, który w zupełności sprawdza się solo, dając lekki i świeży efekt. Malując oczy sięgam najczęściej po miękki pędzel z zestawu Real Techniques, tj. deluxe crease brush, oraz Neutral Eye Base KIKO, która świetnie wyrównuje koloryt powieki, a przy tym bardzo dobrze "trzyma" cienie. Do brwi najczęściej używam MAC Mystery - mimo wielu podejść do innych kosmetyków, ten cień wciąż jest dla mnie najlepszy i po każdych testach nowości, wracam do niego z pokorą ;) Tusz, jaki używam na co dzień, to niezmiennie Maybelline Lash Sensational - nie ma chyba lepszej maskary w tej cenie.


Recenzja: Z Palette, czyli zdecydowany, kosmetyczny hit :) 
Recenzja: Ulubieńcy, ulubieńcy... Lash Sensational Maybelline :)

Na ustach zdecydowanie króluje u mnie MAC w kilku nudziakowych odsłonach. W zależności od dnia sięgam po satynowy Cherish, matowy Cozy Up, lub posiadający wykończenie cremesheen - Creme In Your Coffe. Zdarza mi się też eksperymentować z Myth, w przypadku którego muszę się jednak wspierać kredką Boldly Bare, inaczej wyglądam  (w najlepszym wypadku) jak topielica...


Recenzja: Moja kolekcja szminek MAC :)

I to w zasadzie wszystkie produkty, po które sięgam bardzo regularnie i których stosowanie daje mi naprawdę dużą satysfakcję z uzyskiwanych efektów. Znacie któryś z tych kosmetyków? ;)


PS Moje poprzednie, "kosmetyczkowe" wpisy znajdziecie pod poniższymi linkami ;)

Moja wyjazdowa kosmetyczka ;) 
Co jest w mojej kosmetyczce, czyli nowa garść ulubieńców :)

Drogeryjna perełka. Maybelline Fit Me!

Jako posiadaczka skóry mieszanej, z dość dużymi porami i błyszczącą strefą T, wymagam od podkładu dwóch rzeczy - lekkiego matowienia i wizualnego wygładzenia skóry. I to też znalazłam w produkcie, o którym dziś chciałabym powiedzieć Wam parę słów... ;)


Do marki Maybelline podchodziłam do tej pory dość ostrożnie - o ile kocham ich tusze do rzęs (a dokładniej TEN!), o tyle pozostałe produkty do twarzy, czy ust sprawdzały się u mnie stosunkowo rzadko. Zachęcona promocją postanowiłam jednak wypróbować na sobie jeden z ich polecanych podkładów, w teorii - wręcz idealny do mojej cery.

Ulubieńcy, ulubieńcy... Lash Sensational Maybelline :)

Maybelline, Fit Me!, Matte + Poreless Foundation to podkład matujący i wygładzający pory. Jego opakowanie stanowi plastikowa tubka, która średnio przypadła mi do gustu, głównie z uwagi na małe trudności przy dozowaniu produktu. Podkład dostępny jest w dość szerokiej gamie kolorystycznej (bodajże 9 odcieni?), z której ja postawiłam na numer 105, czyli "natural ivory". Maybelline Fit Me! jest łatwo dostępny, jego cena waha się w granicach 20-25 zł za 30ml produktu.


Maybelline Fit Me! zaskoczył mnie w kilku obszarach. Po pierwsze faktycznie daje ładny, matowy efekt na skórze, jednocześnie jej nie obciążając i nie postarzając wizualnie. Mat ten utrzymuje się u mnie nawet bez użycia pudru, co powiedzmy sobie wprost - jest raczej niezwykłe ;) Fit Me! to podkład dość lekki, nałożony cienką warstwą ujednolica on koloryt, niemniej da się nim zbudować dość dobre krycie, na szczęście nie powodujące wystąpienia efektu maski ;) Szeroki wybór kolorów pozwala stosunkowo łatwo dobrać odcień do własnej skóry, czym zdecydowanie przebija słynny podkład Catrice, do tej pory mojego zdecydowanego faworyta, jeśli chodzi o podkłady wszelakie ;)


Kosmetyczny hit, czyli Catrice HD Liquid Coverage Foundation
Fit Me! trzyma się na mojej mieszanej cerze naprawdę długo, nie warzy się w newralgicznych miejscach, ani nie ściera zbyt łatwo. Dobrze stapia się ze skórą, dzięki czemu, jest w moim odczuciu produktem idealnym do wykonywania codziennego makijażu. Przy dłuższym stosowaniu, nie spowodował on u mnie żadnych nieprzyjemnych efektów, typu zapychanie porów, czy przesuszanie skóry. Dodatkowo, nie podkreśla on suchych skórek, dobrze rozprowadzony ładnie wygładza pory, choć przy szybkim makijażu może wręcz je dodatkowo podkreślić... W kontakcie ze skórą bardzo szybko zasycha, co dla mniej wprawionych może stanowić mały problem ;)



Maybelline Fit Me! to zdecydowanie jedno z moich małych odkryć makijażowych ostatnich miesięcy. Podoba mi się wykończenie, jakie daje, odpowiada mi jego kolorystyka i lekkość efektu, jaki zapewnia. Zdaję sobie sprawę, że dla osób z przebarwieniami, czy trądzikiem, ta lekkość może stanowić wadę, niemniej w moim odczuciu, jest to produkt naprawdę fajny i zdecydowanie godny polecenia :)

Neutrogena Daily Scrub, czyli dobry, ale nie powalający peeling do twarzy

Od czasu do czasu lubię przetestować jakiś nowy produkt do oczyszczania twarzy, mimo że od dłuższego czasu mam już swoich stałych ulubieńców  w tej kategorii. Tym razem mój wybór padł na dość znaną (i pozytywnie ocenianą w KWC) Neutrogenę ;)


Neutrogena Visibly Clear Pore & Shine Daily Scrub, to oczyszczający peeling do twarzy, którego zadaniem jest matowienie skóry oraz zwężanie porów. Produkt zamknięty jest w całkiem ładnym wizualnie opakowaniu, wykonanym z miękkiego plastiku, umożliwiającego kontrolę zużycia zawartości. Opakowanie ma 150 ml i kosztuje w cenie regularnej ok. 20 zł.


Na omawiany kosmetyk skusiłam się wiedziona fajną promocją (klik!) oraz dość dobrymi opiniami w internecie. Spodziewałam się małego, drogeryjnego cuda, a tymczasem... trafiłam na dobry produkt, nie zachwycający, ale w pełni przyzwoity, zwłaszcza jeśli podejdziemy do niego, jak do żelu, czy raczej pasty oczyszczającej na co dzień, a nie jak do peelingu ;)


Jego konsystencja jest kremowa, dobrze się rozprowadza na twarzy. Po zastosowaniu skóra jest oczyszczona i lekko odświeżona, choć nie powiedziałabym, że sprawdza się pod tym względem idealnie. Przyznać muszę, że zupełnie nie wpłynął on na stan moich porów, niemniej wydaje mi się, że lekko zmniejszył błyszczenie mojej problematycznej strefy T. Dodatkowo, na plus muszę zauważyć, że kosmetyk ten nie wysusza skóry, nie zapycha jej, ani nie podrażnia. Nie wywołał u mnie żadnej negatywnej reakcji, choć muszę stwierdzić, że używam go z dość umiarkowaną ochotą z uwagi na... zapach, który przypomina mi jakiś chemiczny, słodki jogurt owocowy, a nie odświeżający produkt do twarzy.


Dość dużą wadą peelingu Neutrogeny jest forma i ilość drobinek peelingujących, w nim zawartych. Jest ich stosunkowo mało, ślizgają się po twarzy i zupełnie nie spełniają się w swojej roli. Mówiąc wprost - moim zdaniem są totalnie niepotrzebnym dodatkiem, który nijak wpływa na stan naszej skóry.


Podsumowując, polubiłam Pore & Shine Daily Scrub z Neutrogeny, choć nie na tyle, by kiedyś do niego wrócić. Jak już wspomniałam, jest to produkt poprawny, ale nie oszałamiający. Krzywdy nie powinien Wam zrobić, lecz równocześnie spektakularnych efektów nie ma się co po nim spodziewać ;) Tym samym - nie polecam, ale i nie odradzam ;)


Słodka miłostka... Mgiełka Bath and Body Works :)

Dziś postanowiłam przyjść do Was z recenzją produktu, który nieco "osładza" mi ostatnie, mroźne dni. Tematem postu będzie moja pierwsza mgiełka zapachowa z Bath&Body Works o zapachu Sweet Lemon Buttercup ;)


Bath&Body Works, Tutti Dolci, Sweet Lemon Buttercup ma całkiem fajne, przyjemne dla oka i dość solidne, plastikowe opakowanie. Atomizer działa w nim bez zarzutu, nie zacina się, ładnie rozpyla. Produkt ma dość sporą objętość (236 ml), w cenie regularnej kosztował 99 zł, ja podczas promocji dorwałam go za... 35 zł, co jest ceną wręcz bajeczną ;)


Zapach Sweet Lemon Buttercup stanowi wręcz idealne odzwierciedlenie nazwy - wyczuwam w nim nuty cytryny, ale i lukru lub też cukru pudru. Pachnie po prostu jak świeżo upieczona, pyszna babeczka, przez co jest wręcz wybitnie otulający i "ciepły". W zimie sprawdza się idealnie, myślę, że również wczesną wiosną i późną jesienią będę się z nim lubić, na lato jednak mógłby już być zbyt przesłodzony i męczący.


O ile sam zapach jest kwestią gustu, o tyle muszę przyznać, że bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie jakość samej mgiełki. Jak na ten typ produktu, trwałość jest naprawdę bardzo dobra, zapach utrzymuje się świetnie zarówno na skórze, jak i na ubraniach. Do tego, jest kosmetykiem bardzo wydajnym, i po miesiącu regularnego używania ubytek jest naprawdę niewielki.


Muszę przyznać, że z B&BW poznałam się już dość dawno temu, uparcie jednak ograniczałam się jedynie do zakupu żeli antybakteryjnych tej firmy. Po ostatnich wyprzedażowych łowach (które możecie zobaczyć w TYM poście), ten stan rzeczy uległ zmianie, co obecnie, podczas testów, bardzo mnie cieszy ;) Na chwilę obecną muszę uznać, że mgiełki zapachowe tej firmy staną się pewnie kolejną stała pozycją zakupową, ilekroć będę w Warszawie. Zdecydowanie - jestem zauroczona i po prostu - chcę więcej ;)

Jak schudnąć, gdy dieta nie działa? Czyli o książce Ani Powierzy słów kilka ;)

Od czasu do czasu lubię sięgnąć po książki pisane przez różnego rodzaju celebrytów. Ostatnio do grona autorów dołączyła też Ania Powierza, która postanowiła zmierzyć się z tematem gubienia kilogramów, rozpatrywanego w kontekście chorób metabolicznych. Jako osoba, która od kilku lat toczy walkę z niedoczynnością tarczycy, postanowiłam sięgnąć po tę publikację. I o niej właśnie będzie dzisiejszy post ;)


"Jak schudnąć, gdy dieta nie działa" to książka będąca w założeniu swoistym zbiorem kroków, jakie należy wykonać, by uporać się z wagą, przy wysokim TSH, insulinooporności, ale i przy innych chorobach wpływających na nasz metabolizm i problemy ze zbędnymi kilogramami. Książka rozpoczyna się historią samej aktorki i garścią dość osobistych informacji, kolejne rozdziały mają z kolei charakter zadań, jakich należy się podjąć, jeśli chcemy powrócić do formy, a zarazem - do zdrowia.


Przyznać muszę, że zadania te, są w gruncie rzeczy dość... banalne. Wg autorki, w kolejnych tygodniach powinnyśmy wyeliminować z diety cukier, sól, skupić się na warzywach i owocach oraz zdrowych tłuszczach, unikając przy tym stresu, pijąc wodę i wysypiając się. Nic odkrywczego niby, ale jednak, podane jest to w naprawdę fajnej formie. Z jednej strony nie brakuje w tekście anegdotek i typowo motywujących zdań (a nawet całych paragrafów), z drugiej - przemycone są tu rzetelne informacje, oparte o dość sporą bibliografię, zamieszczoną na końcu książki. Swoją drogą, z takim spisem źródeł w "celebryckiej książce" spotkałam się po raz pierwszy; uznaję to tym samym za naprawdę duży plus.


W kontekście chorób metabolicznych, przyznaję, że nie dowiedziałam się nic nowego, Ania bardziej skupia się na opisywaniu rozwiązań, które idealnie sprawdziły się u niej, a które nie zawsze muszą się sprawdzić u chorych z innymi problemami zdrowotnymi. Na plus jednak należy zaliczyć tu rozdział poświęcony diagnostyce - podoba mi się jasne podejście do tematu i brak mydlenia oczu tezami typu "dietą wyleczymy wszystko, nie warto iść do lekarza". Mamy konkretnie podane od których badań należy zacząć swoją "przygodę" z endokrynologiem, na co zwrócić uwagę, i jak starać się dopasować swój styl życia i odżywiania do wyników np. sodu, czy kortyzolu.


Przyznaję, że ogólnie całkiem dobrze mi się tę pozycję czytało i kilka rzeczy z niej wyciągnę dla siebie, do dalszego stosowania. Niemniej, z czystym sercem polecić jej nie mogę, a przynajmniej nie tym osobom, które lubią konkretną wiedzę i które już od dłuższego czasu interesują się w mniejszym, bądź większym stopniu tematyką chorób autoimmunologicznych, czy też wynikających z niewłaściwej pracy układu hormonalnego. Jeśli jednak potrzebujecie porządnego motywacyjnego kopa, a dotychczasową wiedzę nt. zdrowego stylu życia czerpaliście głównie z popularnych serwisów internetowych - warto do książki Ani Powierzy zajrzeć. A nuż zainspiruje Was do pozytywnych zmian w życiu ;)

Ulubieniec za grosze ;) Isana Herbal

Dzień po Walentynkach postanowiłam przyjść do Was z krótką recenzją jednego z moich ukochanych kosmetyków, a dokładniej szamponu, który jest tani, łatwo dostępny i idealny do pielęgnacji przetłuszczających się włosów :)


Isana Herbal Chamomile & Sage, to szampon przeznaczony do włosów normalnych i szybko przetłuszczających się. Posiada on całkiem przyjemne dla oka opakowanie, które pozwala łatwo dozować produkt, a zarazem cieszy oko zieloną kolorystyką. Jest to kosmetyk bardzo łatwo dostępny - jak i inne produkty Isana, kupić go możemy w Rossmannie w naprawdę dobrej cenie. 300 ml kosztuje ok. 6 zł, niemniej często bywa on na promocjach ;)


Szampon Isana Herbal kupiłam zupełnie nie wiedząc, czego się mogę po nim spodziewać, na szybko, zwiedziona "na pokuszenie" obniżoną ceną (za pierwsze opakowanie zapłaciłam chyba 4 zł). Podeszłam do niego bez większego entuzjazmu, jednak dość szybko się z nim bardzo polubiłam.


Po pierwsze, okazało się, że naprawdę fajnie oczyszcza on moje włosy, które mają skłonność do przetłuszczania przy nasadzie, a zarazem do przesuszania na końcach.  Włosy prezentują się świeżo, ale nie są nadmiernie "odtłuszczane", dzięki czemu końce również prezentują się dobrze. Co ważne, przy regularnym stosowaniu nie zauważyłam zwiększenia tempa przetłuszczania. Na plus też muszę odnotować, że po użyciu Isana Herbal włosy nie są poplątane, jak to ma miejsce w przypadku niektórych naturalnych szamponów.

Po drugie, bardzo podoba mi się w tym produkcie stosunek jakość/cena/wydajność. Działa dokładnie tak, jak powinien, jest tani, a przy tym całkiem wydajny. Dodatkowo ma dość neutralny zapach i w miarę dobry skład. W miarę - bo jednak zawiera SLS, który mi osobiście krzywdy nie czyni.


Podsumowując - zdecydowanie polecam. Jest to fajny produkt, wart przetestowania, jeśli macie włosy przetłuszczające się. Osobiście niedawno zakupiłam kolejne jego opakowanie i powiedzmy, że w najbliższym czasie mam zamiar być mu wierna ;) Po licznych testach, doszłam bowiem do wniosku, że w przypadku szamponów ważne jest by były tanie i dobrze oczyszczające - większe pieniądze lepiej odłożyć na odżywki, maski, czy dobrego fryzjera ;)