Kosmetyczny haul majowy ;)

Przed chwilą sprawdziłam, że ostatni blogowy haul opublikowany został w styczniu... I nie, nie jest to przypadek, bowiem naprawdę udało mi się w ostatnim czasie dość znacznie ograniczyć zakupy kosmetyczne i skupić się na zużywaniu produktów zalegających w łazience i w kosmetyczce.


Niemniej, nadszedł ten piękny dzień, gdy parę rzeczy już wykończyłam i z radością i spokojnym sumieniem mogłam wybrać się do drogerii ;)

Pierwszą grupą produktów, w które musiałam się ostatnio zaopatrzyć, była dość szeroko pojmowana pielęgnacja twarzy. W Rossmannie zaopatrzyłam się w nieznane mi dotąd produkty, czyli:

Garnier, Żel micelarny do skóry wrażliwej
Alterra, Nawilżone oczyszczające chusteczki micelarne
AA, Skin Food, Nawilżająca woda micelarna z aloesem

W Hebe z kolei kupiłam ukochany tonik z Sylveco, olej ze słodkich migdałów i - wreszcie - Lekki krem brzozowy Sylveco, na którego wypróbowanie miałam ochotę już od długiego czasu. W związku ze zbliżającym się latem, do koszyczka wpadł mi tam także najlepszy dezodorant do stóp, jaki kiedykolwiek testowałam - tani i skuteczny Herbal Care o zapachu czarnej mięty z Farmony.


Postanowiłam też ostatnio rozpocząć realizację mojej "wishlisty" ;) Kupiłam więc Semilac Extend Base, o której - po pierwszych testach - muszę powiedzieć, że zapowiada się naprawdę bardzo, ale to bardzo dobrze.


Korzystając z fajnego rabatu w sklepie internetowym Douglas, ponownie stałam się posiadaczką dwóch produktów moim zdaniem idealnych, czyli szminki MAC Patisserie oraz bibułek matujących Inglot.


Do zamówienia dodatkowo dostałam dwie próbki perfum i prezent niespodziankę, którym okazał się mały słoiczek kremu pod oczy Clinique All about eyes.


I wreszcie, dostałam jakiś czas temu niespodziewany, kosmetyczny prezent od koleżanki z pracy, tj. zestaw z Bielendy, zawierający Liftingująco-nawilżający krem przeciwzmarszczkowy oraz Liftingujące serum przeciwzmarszczkowe. Serum zaczęłam już używać, ale krem powędruje prawdopodobnie do mojej mamy ;)



I to już prawie wszystko. Prawie, bo oczywiście zapomniałam o tuszu do rzęs z Maybelline, którego jestem fanką już od kilku lat ;)

Tymczasem uciekam powoli na pociąg do Katowic, gdzie spędzę tegoroczną edycję Nocy Muzeów. Życzę Wam udanego weekendu i do zobaczenia, albo raczej przeczytania! ;)

Usta topielicy, czyli MAC Myth ;)

Jestem zapaloną fanką szminek MAC. Mam ich dużo (za dużo), niemniej sięgam po nie regularnie i zazwyczaj jestem z nich bardzo zadowolona. Dziś jednak napiszę o jednym słynnym odcieniu, który niestety nie do końca podbił moje serce ;)


MAC Myth to pomadka o wykończeniu satynowym, określana jako kultowy wręcz odcień nude. Jest przyjemnie kremowa, łatwo się rozprowadza, charakteryzuje się bardzo przyzwoitą trwałością. Nie wysusza ust, zdarza jej się za to podkreślać ewentualne skórki, czy nierówności. Efekt jaki daje na ustach jest w sumie całkiem estetyczny, ale ma jedną wadę...


... wygląda jak korektor, lub też podkład. Kolor Myth jest moim zdaniem mocno problematyczny i ciężki w samodzielnym noszeniu. Może fajnie sprawdzać się przy szalonych sesjach fotograficznych, niemniej w życiu codziennym jest po prostu okropny - usta zlewają się z cerą, a ogólne wrażenie przywodzi na myśl jakąś chorobę...


Myth wymaga wręcz konturówki, ciemniejszej o kilka tonów i dobrze roztartej do środka. Polecić tu mogę inny produkt MACa, a dokładniej - MAC Boldly Bare Lip Pencil.



Podsumowując, Myth polecam osobom, które szukają szminki, idealnie imitującej korektor, lub też tym z Was, którzy lubią mieszać odcienie. Jeśli jednak nie interesują Was zabawy z konturówkami i szukacie czegoś, w czym na pewno nie będziecie wyglądać jak topielice, to Myth radzę omijać szerokim łukiem ;)

Kosmetyczna wishlista na kolejne miesiące 2018 roku ;)

Dawno, bardzo dawno nie publikowałam już żadnej mojej "chciejlisty". W sumie dawno też nie kupowałam nic nowego, a starałam się ograniczyć swoje zbiory i nieco zredukować ilość kosmetyków (i nie tylko) w domu. W każdym razie, dziś wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy postanowiłam zamieścić kolejne zestawienie rzeczy, na które mam dużą ochotę ;)


1. Davines, Nounou - po bardzo pozytywnych wrażeniach, płynących ze stosowania maski Melu, mam ochotę wypróbować kolejny kosmetyk do włosów tej marki. Na chwilę obecną jestem już prawie w 100% przekonana, że mój wybór padnie na Nounou, czyli maskę regenerującą, mającą silne działanie odżywcze. W ramach przygotowań do wakacji podejrzewam, że będzie idealna ;)


Recenzja: Davines Melu Conditioner. Odżywka na piątkę z plusem ;)

2. Pierścionki Pandora - moja przygoda z Pandorą trwa już prawie rok. W zasadzie nie ma dnia, bym nie założyła na siebie bransoletki, kolczyków czy choćby pierścionka Pandory, więc oczywiste jest, że nie mogło zabraknąć jej na liście moich chciejstw... Niestety (albo stety) marzą mi się z niej dwa produkty, niedostępne już w regularnej sprzedaży. Bardzo chciałabym do swojej biżuteryjnej kolekcji właczyć pierścionki o kształcie róż - czarnej, wykonanej z onyksu, oraz różowej, wykonanej z muszli. Podejrzewam, że zdobycie ich zajmie mi trochę czasu, ale wierzę, że się uda ;)


3. MAC, Patisserie Lipstick - to mój zdecydowany nr 1 jeśli chodzi o MACowe pomadki. Patiserrie była moją pierwszą szminką tej marki, niestety już dość dawno mi się skończyła... Myślę, że nadeszła pora, by ponowić zakup, zwłaszcza, że kolor ten pasuje moim zdaniem na każdą okazję i do każdego makijażu, a już zwłaszcza do tego lekkiego, wiosenno-letniego.


Moja kolekcja szminek MAC :)

4. Semilac Extend Base - jako że powoli dobijam denka "zwykłej" bazy Semilac, narasta we mnie potrzeba wypróbowania jakiejś nowości z tej kategorii produktów. Extend Base jest tym samym na samej górze listy "do wypróbowania".


Recenzja: Semilac Vitamin Base. Czy aby na pewno bubel?

5. Peeling kawitacyjny - nie jest co prawda "przedmiotem", ale zdecydowanie należy do rzeczy, w które mam zamiar w najbliższym czasie zainwestować ;) W marcu dwukrotnie wybrałam się na ten zabieg do kosmetyczki i przyznać muszę, że byłam bardzo zadowolona z efektów, a zwłaszcza z tego, jak cudownie zniwelował on miejscowe przebarwienia na mojej twarzy. Przy okazji, po raz kolejny polecić wam chcę stronę Momet.pl, przez którą od jakiegoś czasu zapisuję się na wszystkie zabiegi wykonywane, czy to w gabinecie kosmetycznym, czy to u fryzjera ;)


Jak wygodnie i szybko zarezerwować wizytę w salonie? Czyli parę słów o Moment.pl :)

6. Olejek z pestek malin - to jeden z nielicznych naturalnych kosmetyków, o których się sporo w ostatnim czasie naczytałam, ale wciąż jeszcze nie miałam okazji wypróbować na sobie. Bardzo ciekawi mnie w kontekście bycia naturalnym filtrem przeciwsłonecznym, intryguje też obiecanymi właściwościami antyoksydacyjnymi


I to już chyba wszystko. Dajcie znać o czym Wy aktualnie marzycie? ;)

Garść inspiracji... wiosenne paznokcie

Z okazji piątku 13-ego postanowiłam podzielić się z Wami kolejną garścią inspiracji paznokciowych. Jako że pogoda nas rozpieszcza od jakiegoś czasu, temat będzie dość oczywisty - lekka, przyjemna i słoneczna wiosna, a co się z tym wiąże, także dużo kwiatów w różnym wydaniu ;) W ilości - jakżeby inaczej - trzynastu zdjęć.


Tego typu manicure bardzo mi się podoba, choć przyznaję, że sama sprawiam sobie podobne wzorki na dłoniach raczej rzadko, najczęściej gdy mam więcej wolnego od pracy, lub też gdy szykuje mi się jakaś specjalna okazja ;)

Przyznać też muszę, że tym razem inspiracje obejmują już bardziej skomplikowane pod względem "artystyczno-technicznym" projekty. Jeśli któryś z nich wpadnie Wam w oko, polecam wybrać się z nim do kosmetyczki, albo raczej - manicurzystki. Przy okazji chciałabym Wam przypomnieć o Moment.pl, czyli serwisie który pozwala łatwo umówić wybraną wizytę, a także porównać oferty salonów kosmetycznych z Waszej okolicy. Przykładowo, jeśli jesteście z Warszawy, możecie kliknąć w TEN link, aby zapoznać się z ofertą salonów w tym mieście ;)

Jak wygodnie i szybko zarezerwować wizytę w salonie? Czyli parę słów o Moment.pl :)

Tymczasem, zostawiam Was już ze zdjęciami. I mam nadzieję, że piątek 13-ego upłynie Wam w bardzo dobrej atmosferze :)













Co jest w mojej kosmetyczce?

Jednym z ulubionych typów postów, które lubię czytać na innych blogach kosmetycznych, jest ten, prezentujący aktualną zawartość kosmetyczki danej blogerki. Na moim blogu taki wpis pojawił się do tej pory bodajże dwa razy, ostatnio pod koniec 2015 roku. Od tamtej pory zawartość nieco się zmieniła, ale pozostało ze mną kilka rzeczy, którym wciąż jestem wierna i pewnie - długo jeszcze będę ;)


Od jakiegoś czasu totalnie przeszedł mi szał na makijaż oczu, mniejszą uwagę przykładam też do eksperymentów z kolorami pomadek, za to całkiem porządną - do skóry i jej możliwie jak najbardziej nieskazitelnego wyglądu. A ten, w ostatnim czasie próbuję uzyskiwać, głównie przy użyciu trzech produktów, które uwielbiam - podkładu Maybelline Fit Me!, korektora Liquid Camouflage z Catrice oraz pudru transparentnego Laury Mercier.


Recenzja: Drogeryjna perełka. Maybelline Fit Me! 
Recenzja: Najlepszy puder sypki, jaki znam. Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder 
Recenzja: Catrice Liquid Camouflage - czy naprawdę jest wart uwagi?

Do lekkiego konturowania - czy też bardziej - do podkreślenia policzków używam na co dzień MUFE Sculpting Kit, który swego czasu upolowałam za świetną cenę w TkMaxx. Gdy wiem, że znaczną część dnia spędzę na zewnątrz, przy naturalnym oświetleniu, sięgam również po słynne meteoryty Guerlain, które są ze mną od czerwca 2012 roku ;) Kocham w nich to, jak pięknie rozpraszając światło słoneczne, wygładzając optycznie skórę i nadając jej blasku. Równocześnie muszę jednak przyznać, że w świetle sztucznym takiego efektu "wow" nie widzę...


Recenzja: Mój mały hit :) MUFE Sculpting Kit 
Recenzja: Guerlain, Meteorites Perles

Jeśli chodzi o kosmetyki do oczu, w zasadzie ciągle towarzyszy mi cały ich zestaw, na który składają się pojedyncze cienie Makeup Geek, Kobo i MAC upchnięte w małą Z Palette. Z tej zbieraniny najczęściej sięgam po Kobo 216 Mocha Latte, który w zupełności sprawdza się solo, dając lekki i świeży efekt. Malując oczy sięgam najczęściej po miękki pędzel z zestawu Real Techniques, tj. deluxe crease brush, oraz Neutral Eye Base KIKO, która świetnie wyrównuje koloryt powieki, a przy tym bardzo dobrze "trzyma" cienie. Do brwi najczęściej używam MAC Mystery - mimo wielu podejść do innych kosmetyków, ten cień wciąż jest dla mnie najlepszy i po każdych testach nowości, wracam do niego z pokorą ;) Tusz, jaki używam na co dzień, to niezmiennie Maybelline Lash Sensational - nie ma chyba lepszej maskary w tej cenie.


Recenzja: Z Palette, czyli zdecydowany, kosmetyczny hit :) 
Recenzja: Ulubieńcy, ulubieńcy... Lash Sensational Maybelline :)

Na ustach zdecydowanie króluje u mnie MAC w kilku nudziakowych odsłonach. W zależności od dnia sięgam po satynowy Cherish, matowy Cozy Up, lub posiadający wykończenie cremesheen - Creme In Your Coffe. Zdarza mi się też eksperymentować z Myth, w przypadku którego muszę się jednak wspierać kredką Boldly Bare, inaczej wyglądam  (w najlepszym wypadku) jak topielica...


Recenzja: Moja kolekcja szminek MAC :)

I to w zasadzie wszystkie produkty, po które sięgam bardzo regularnie i których stosowanie daje mi naprawdę dużą satysfakcję z uzyskiwanych efektów. Znacie któryś z tych kosmetyków? ;)


PS Moje poprzednie, "kosmetyczkowe" wpisy znajdziecie pod poniższymi linkami ;)

Moja wyjazdowa kosmetyczka ;) 
Co jest w mojej kosmetyczce, czyli nowa garść ulubieńców :)

Drogeryjna perełka. Maybelline Fit Me!

Jako posiadaczka skóry mieszanej, z dość dużymi porami i błyszczącą strefą T, wymagam od podkładu dwóch rzeczy - lekkiego matowienia i wizualnego wygładzenia skóry. I to też znalazłam w produkcie, o którym dziś chciałabym powiedzieć Wam parę słów... ;)


Do marki Maybelline podchodziłam do tej pory dość ostrożnie - o ile kocham ich tusze do rzęs (a dokładniej TEN!), o tyle pozostałe produkty do twarzy, czy ust sprawdzały się u mnie stosunkowo rzadko. Zachęcona promocją postanowiłam jednak wypróbować na sobie jeden z ich polecanych podkładów, w teorii - wręcz idealny do mojej cery.

Ulubieńcy, ulubieńcy... Lash Sensational Maybelline :)

Maybelline, Fit Me!, Matte + Poreless Foundation to podkład matujący i wygładzający pory. Jego opakowanie stanowi plastikowa tubka, która średnio przypadła mi do gustu, głównie z uwagi na małe trudności przy dozowaniu produktu. Podkład dostępny jest w dość szerokiej gamie kolorystycznej (bodajże 9 odcieni?), z której ja postawiłam na numer 105, czyli "natural ivory". Maybelline Fit Me! jest łatwo dostępny, jego cena waha się w granicach 20-25 zł za 30ml produktu.


Maybelline Fit Me! zaskoczył mnie w kilku obszarach. Po pierwsze faktycznie daje ładny, matowy efekt na skórze, jednocześnie jej nie obciążając i nie postarzając wizualnie. Mat ten utrzymuje się u mnie nawet bez użycia pudru, co powiedzmy sobie wprost - jest raczej niezwykłe ;) Fit Me! to podkład dość lekki, nałożony cienką warstwą ujednolica on koloryt, niemniej da się nim zbudować dość dobre krycie, na szczęście nie powodujące wystąpienia efektu maski ;) Szeroki wybór kolorów pozwala stosunkowo łatwo dobrać odcień do własnej skóry, czym zdecydowanie przebija słynny podkład Catrice, do tej pory mojego zdecydowanego faworyta, jeśli chodzi o podkłady wszelakie ;)


Kosmetyczny hit, czyli Catrice HD Liquid Coverage Foundation
Fit Me! trzyma się na mojej mieszanej cerze naprawdę długo, nie warzy się w newralgicznych miejscach, ani nie ściera zbyt łatwo. Dobrze stapia się ze skórą, dzięki czemu, jest w moim odczuciu produktem idealnym do wykonywania codziennego makijażu. Przy dłuższym stosowaniu, nie spowodował on u mnie żadnych nieprzyjemnych efektów, typu zapychanie porów, czy przesuszanie skóry. Dodatkowo, nie podkreśla on suchych skórek, dobrze rozprowadzony ładnie wygładza pory, choć przy szybkim makijażu może wręcz je dodatkowo podkreślić... W kontakcie ze skórą bardzo szybko zasycha, co dla mniej wprawionych może stanowić mały problem ;)



Maybelline Fit Me! to zdecydowanie jedno z moich małych odkryć makijażowych ostatnich miesięcy. Podoba mi się wykończenie, jakie daje, odpowiada mi jego kolorystyka i lekkość efektu, jaki zapewnia. Zdaję sobie sprawę, że dla osób z przebarwieniami, czy trądzikiem, ta lekkość może stanowić wadę, niemniej w moim odczuciu, jest to produkt naprawdę fajny i zdecydowanie godny polecenia :)

Neutrogena Daily Scrub, czyli dobry, ale nie powalający peeling do twarzy

Od czasu do czasu lubię przetestować jakiś nowy produkt do oczyszczania twarzy, mimo że od dłuższego czasu mam już swoich stałych ulubieńców  w tej kategorii. Tym razem mój wybór padł na dość znaną (i pozytywnie ocenianą w KWC) Neutrogenę ;)


Neutrogena Visibly Clear Pore & Shine Daily Scrub, to oczyszczający peeling do twarzy, którego zadaniem jest matowienie skóry oraz zwężanie porów. Produkt zamknięty jest w całkiem ładnym wizualnie opakowaniu, wykonanym z miękkiego plastiku, umożliwiającego kontrolę zużycia zawartości. Opakowanie ma 150 ml i kosztuje w cenie regularnej ok. 20 zł.


Na omawiany kosmetyk skusiłam się wiedziona fajną promocją (klik!) oraz dość dobrymi opiniami w internecie. Spodziewałam się małego, drogeryjnego cuda, a tymczasem... trafiłam na dobry produkt, nie zachwycający, ale w pełni przyzwoity, zwłaszcza jeśli podejdziemy do niego, jak do żelu, czy raczej pasty oczyszczającej na co dzień, a nie jak do peelingu ;)


Jego konsystencja jest kremowa, dobrze się rozprowadza na twarzy. Po zastosowaniu skóra jest oczyszczona i lekko odświeżona, choć nie powiedziałabym, że sprawdza się pod tym względem idealnie. Przyznać muszę, że zupełnie nie wpłynął on na stan moich porów, niemniej wydaje mi się, że lekko zmniejszył błyszczenie mojej problematycznej strefy T. Dodatkowo, na plus muszę zauważyć, że kosmetyk ten nie wysusza skóry, nie zapycha jej, ani nie podrażnia. Nie wywołał u mnie żadnej negatywnej reakcji, choć muszę stwierdzić, że używam go z dość umiarkowaną ochotą z uwagi na... zapach, który przypomina mi jakiś chemiczny, słodki jogurt owocowy, a nie odświeżający produkt do twarzy.


Dość dużą wadą peelingu Neutrogeny jest forma i ilość drobinek peelingujących, w nim zawartych. Jest ich stosunkowo mało, ślizgają się po twarzy i zupełnie nie spełniają się w swojej roli. Mówiąc wprost - moim zdaniem są totalnie niepotrzebnym dodatkiem, który nijak wpływa na stan naszej skóry.


Podsumowując, polubiłam Pore & Shine Daily Scrub z Neutrogeny, choć nie na tyle, by kiedyś do niego wrócić. Jak już wspomniałam, jest to produkt poprawny, ale nie oszałamiający. Krzywdy nie powinien Wam zrobić, lecz równocześnie spektakularnych efektów nie ma się co po nim spodziewać ;) Tym samym - nie polecam, ale i nie odradzam ;)