Jak schudnąć, gdy dieta nie działa? Czyli o książce Ani Powierzy słów kilka ;)

Od czasu do czasu lubię sięgnąć po książki pisane przez różnego rodzaju celebrytów. Ostatnio do grona autorów dołączyła też Ania Powierza, która postanowiła zmierzyć się z tematem gubienia kilogramów, rozpatrywanego w kontekście chorób metabolicznych. Jako osoba, która od kilku lat toczy walkę z niedoczynnością tarczycy, postanowiłam sięgnąć po tę publikację. I o niej właśnie będzie dzisiejszy post ;)


"Jak schudnąć, gdy dieta nie działa" to książka będąca w założeniu swoistym zbiorem kroków, jakie należy wykonać, by uporać się z wagą, przy wysokim TSH, insulinooporności, ale i przy innych chorobach wpływających na nasz metabolizm i problemy ze zbędnymi kilogramami. Książka rozpoczyna się historią samej aktorki i garścią dość osobistych informacji, kolejne rozdziały mają z kolei charakter zadań, jakich należy się podjąć, jeśli chcemy powrócić do formy, a zarazem - do zdrowia.


Przyznać muszę, że zadania te, są w gruncie rzeczy dość... banalne. Wg autorki, w kolejnych tygodniach powinnyśmy wyeliminować z diety cukier, sól, skupić się na warzywach i owocach oraz zdrowych tłuszczach, unikając przy tym stresu, pijąc wodę i wysypiając się. Nic odkrywczego niby, ale jednak, podane jest to w naprawdę fajnej formie. Z jednej strony nie brakuje w tekście anegdotek i typowo motywujących zdań (a nawet całych paragrafów), z drugiej - przemycone są tu rzetelne informacje, oparte o dość sporą bibliografię, zamieszczoną na końcu książki. Swoją drogą, z takim spisem źródeł w "celebryckiej książce" spotkałam się po raz pierwszy; uznaję to tym samym za naprawdę duży plus.


W kontekście chorób metabolicznych, przyznaję, że nie dowiedziałam się nic nowego, Ania bardziej skupia się na opisywaniu rozwiązań, które idealnie sprawdziły się u niej, a które nie zawsze muszą się sprawdzić u chorych z innymi problemami zdrowotnymi. Na plus jednak należy zaliczyć tu rozdział poświęcony diagnostyce - podoba mi się jasne podejście do tematu i brak mydlenia oczu tezami typu "dietą wyleczymy wszystko, nie warto iść do lekarza". Mamy konkretnie podane od których badań należy zacząć swoją "przygodę" z endokrynologiem, na co zwrócić uwagę, i jak starać się dopasować swój styl życia i odżywiania do wyników np. sodu, czy kortyzolu.


Przyznaję, że ogólnie całkiem dobrze mi się tę pozycję czytało i kilka rzeczy z niej wyciągnę dla siebie, do dalszego stosowania. Niemniej, z czystym sercem polecić jej nie mogę, a przynajmniej nie tym osobom, które lubią konkretną wiedzę i które już od dłuższego czasu interesują się w mniejszym, bądź większym stopniu tematyką chorób autoimmunologicznych, czy też wynikających z niewłaściwej pracy układu hormonalnego. Jeśli jednak potrzebujecie porządnego motywacyjnego kopa, a dotychczasową wiedzę nt. zdrowego stylu życia czerpaliście głównie z popularnych serwisów internetowych - warto do książki Ani Powierzy zajrzeć. A nuż zainspiruje Was do pozytywnych zmian w życiu ;)

Ulubieniec za grosze ;) Isana Herbal

Dzień po Walentynkach postanowiłam przyjść do Was z krótką recenzją jednego z moich ukochanych kosmetyków, a dokładniej szamponu, który jest tani, łatwo dostępny i idealny do pielęgnacji przetłuszczających się włosów :)


Isana Herbal Chamomile & Sage, to szampon przeznaczony do włosów normalnych i szybko przetłuszczających się. Posiada on całkiem przyjemne dla oka opakowanie, które pozwala łatwo dozować produkt, a zarazem cieszy oko zieloną kolorystyką. Jest to kosmetyk bardzo łatwo dostępny - jak i inne produkty Isana, kupić go możemy w Rossmannie w naprawdę dobrej cenie. 300 ml kosztuje ok. 6 zł, niemniej często bywa on na promocjach ;)


Szampon Isana Herbal kupiłam zupełnie nie wiedząc, czego się mogę po nim spodziewać, na szybko, zwiedziona "na pokuszenie" obniżoną ceną (za pierwsze opakowanie zapłaciłam chyba 4 zł). Podeszłam do niego bez większego entuzjazmu, jednak dość szybko się z nim bardzo polubiłam.


Po pierwsze, okazało się, że naprawdę fajnie oczyszcza on moje włosy, które mają skłonność do przetłuszczania przy nasadzie, a zarazem do przesuszania na końcach.  Włosy prezentują się świeżo, ale nie są nadmiernie "odtłuszczane", dzięki czemu końce również prezentują się dobrze. Co ważne, przy regularnym stosowaniu nie zauważyłam zwiększenia tempa przetłuszczania. Na plus też muszę odnotować, że po użyciu Isana Herbal włosy nie są poplątane, jak to ma miejsce w przypadku niektórych naturalnych szamponów.

Po drugie, bardzo podoba mi się w tym produkcie stosunek jakość/cena/wydajność. Działa dokładnie tak, jak powinien, jest tani, a przy tym całkiem wydajny. Dodatkowo ma dość neutralny zapach i w miarę dobry skład. W miarę - bo jednak zawiera SLS, który mi osobiście krzywdy nie czyni.


Podsumowując - zdecydowanie polecam. Jest to fajny produkt, wart przetestowania, jeśli macie włosy przetłuszczające się. Osobiście niedawno zakupiłam kolejne jego opakowanie i powiedzmy, że w najbliższym czasie mam zamiar być mu wierna ;) Po licznych testach, doszłam bowiem do wniosku, że w przypadku szamponów ważne jest by były tanie i dobrze oczyszczające - większe pieniądze lepiej odłożyć na odżywki, maski, czy dobrego fryzjera ;)

Jak wygodnie i szybko zarezerwować wizytę w salonie? Czyli parę słów o Moment.pl :)

Każda kobieta od czasu do czasu potrzebuje chwili dla siebie, a zarazem jakiejś odmiany, czy poprawy wyglądu ;) Dziś przychodzę do Was z postem dotyczącym serwisu, który zdecydowanie ułatwia nam zorganizowanie tego typu chwil, a raczej momentów... ;)


Moment.pl to portal umożliwiający zarezerwowanie wizyty w salonie fryzjerskim, kosmetycznym, ale też w SPA, gabinecie medycyny estetycznej, czy nawet u dietetyka, lub tatuażysty. Posiada on dobrze rozbudowaną bazę placówek, znajdujących się zarówno w dużych, jak i tych nieco mniejszych miastach. Niewątpliwą zaletą Moment.pl jest fakt, że rezerwacji możemy dokonać w każdej chwili i z każdego miejsca, bez żadnych ograniczeń wynikających z godzin otwarcia wybranej placówki.

Dzięki Moment.pl na spokojnie możemy wybrać salon, dłuższą chwilę pomyśleć nad najwygodniejszym dla nas terminie, a wreszcie, porównać ceny zabiegów w różnych miejscach ;) Dodatkowo możemy przeczytać opinie dotyczące konkretnych firm; ich dodawanie możliwe jest dopiero po bezpłatnym zarejestrowaniu i skorzystaniu z wybranej usługi, dzięki czemu mamy pewność, że są one rzetelne i wystawione przez faktycznych klientów. W ostatnich dniach postanowiłam wreszcie wypróbować działanie tego portalu, a przy okazji nieco napisać o samym procesie rezerwacji.


Po wejściu na główną stronę wyświetla nam się wyszukiwarka pozwalająca zawęzić wyniki do wybranego miasta, usługi, lub też określonej firmy.


Po wybraniu miasta, w prawej części ekranu wyświetlają nam się najważniejsze informacje o kolejnych firmach.  Po kliknięciu w konkretny salon mamy do wglądu całą listę oferowanych zabiegów, pogrupowanych w logiczne kategorie. Podejrzeć możemy od razu ceny, a tym samym dokonać małej selekcji pod kątem zasobności portfela - co moim zdaniem jest zdecydowanie dużym plusem ;) Dla przykładu przejrzeć możecie sobie warszawskich fryzjerów, lub też kosmetyczki ;)


Po wybraniu zabiegu i kliknięciu "Rezerwuj" przenosimy się na stronę, na której możemy dokonać wyboru osoby, która się nami zajmie. Opcję tę doceniam zwłaszcza przy zabiegach fryzjerskich, choć i przy pielęgnacyjnych uważam, że jest to świetna sprawa.


Kolejny krok to wybór terminu - konkretnej daty i godziny.


Ostatni, to oczywiście potwierdzenie powyższych danych. Na tym etapie dokonać możemy też bezpłatnej rejestracji - przez facebook'a, lub adres email. Rejestrując się warto mieć pod ręką telefon, gdyż na niego wysłany zostanie kod weryfikacyjny, wymagany do zakończenia tego procesu, a także służący do otrzymania przypomnień o wizycie, wysyłanych już z konkretnej firmy...


...i to wszystko :) Gotowe. Łatwo, szybko, przyjemnie i przejrzyście ;)


Zarezerwowaną wizytę możemy sobie dość prosto dodać do kalendarza Google, możemy ją też odwołać, jeśli coś nam "wyskoczy".

Po pierwszych doświadczeniach ze stroną Moment.pl, muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona. Wszystko jest przejrzyste, logiczne, sam proces rezerwacji jest stosunkowo prosty i pozwalający na spokojne dokonanie wyboru najbardziej odpowiadającego nam miejsca. Jako że jestem już po zabiegu, muszę stwierdzić, że i opinie na stronie nie kłamią - miało być idealnie i było, ale o tym napiszę może za jakiś czas. Podsumowując - zdecydowanie polecam! :)

PS Moment.pl ma oczywiście też własną aplikację, równie udaną i łatwą w obsłudze, jak strona internetowa ;) Jeśli wolicie korzystać ze smartfona, niż z komputera - koniecznie ją ściągnijcie i się z nią zapoznajcie ;)


Garść nowości wyprzedażowych... Bath and Body Works i Pandora :)

Sezon wyprzedaży zimowych powoli zmierza ku końcowi. W tym roku poszalałam w zasadzie w dwóch sklepach i z tej okazji, przychodzę dziś do Was z postem o moich styczniowych nowościach, kosmetycznych i nie tylko ;)


Słowem wstępu, muszę stwierdzić, że podczas tegorocznych wyprzedaży ogólnie byłam dość twarda i udało mi się nie nakupować miliona rzeczy, tylko dlatego, że "są takie tanie". I wszystko by w sumie bardzo piękne i rozsądne, gdybym nie weszła kilka razy do salonu Pandory ;)


Tam bowiem skusiły mnie przeceny wycofywanych produktów, sięgające 50% pierwotnej kwoty. I tak stałam się szczęśliwą posiadaczką  dwóch pierścionków (jeden upolowałam na e-store), trzech kuleczek Essence i trzech srebrno-złotych charmsów pasujących na bazę Moments.


Na dzień obecny moja standardowa bransoletka Pandora wygląda, jak na zdjęciu poniżej... I taką ją już chyba zostawię, bo pełne mi się na szczęście nie podobają ;)


Drugim miejscem, w którym poszalałam jest Bath&Body Works. Markę tą znałam dotychczas tylko z żeli oczyszczających do rąk, zresztą, do tej pory miałam okazję może dwukrotnie odwiedzić jej sklep. W ubiegły weekend pojechałam do Warszawy i po prostu przepadłam będąc w Złotych Tarasach...


Ceny i ogrom przecenionych produktów, spowodowały, że wydałam równe 125 zł, a do rodzinnego domu wróciłam z dwoma mgiełkami do ciała, dwoma balsamami i dwoma mydłami ;) Po pierwszych testach muszę stwierdzić, że chyba będzie nowa miłość i kolejne kosmetyczne uzależnienie...


I to już wszystko, co wpadło w moje ręce w tym miesiącu. Kosmetycznie - jestem z siebie dumna, że się opamiętałam i nie wydałam połowy wypłaty w Douglasie, czy innym sklepie tego typu. Jeśli jednak chodzi o Pandorę, to trochę boję się zsumować, ile na nią wydałam, niemniej mogę stwierdzić, że wreszcie mam wszystkie swoje chciejstwa z oferty tej biżuteryjnej marki.

Tymczasem pora powoli zmykać spać... Do przeczytania niebawem! ;)

Cudowny kosmetyk do rozdwajających się włosów. Krem do końcówek Montibello

Od dawna już wyznaję zasadę, że w przypadku rozdwojonych końcówek włosów, działa tylko jedno - wizyta u fryzjera. Dziś jednak przychodzę do Was z recenzją, która może przy tym stwierdzeniu wydawać się nieco absurdalna, postanowiłam Wam bowiem pokazać produkt, który uwielbiam, a który zarazem pomaga "posklejać" połamane końcówki ;)


Montibello Treat NaturTech Repair Active Sealed Ends, to profesjonalny krem odbudowujący do końcówek bez spłukiwania, który kupić możecie w sklepie Fale Loki Koki. Jest to produkt dość drogi (ok. 60 zł za 75 ml), jednak równocześnie szaleńczo wydajny - do jednorazowej aplikacji wystarcza naprawdę odrobina kosmetyku ;) Krem Montibello ma dość neutralny zapach i średnio oszałamiające opakowanie - niezbyt ciekawe wizualnie, ale całkiem praktyczne w obsłudze i solidne. Jego konsystencja nie jest bardzo gęsta, ale też nie przelewa się on przez palce; łatwo rozprowadza się go na włosach, bez obawy o ich nadmierne obciążenie. Krem należy nakładać na mokre włosy, bez spłukiwania.


Na samym początku podeszłam do tego kremu dość sceptycznie. Dostałam dwie próbki tego kosmetyku i dość długo sobie go testowałam, by po ich wykończeniu szybko pobiec do sklepu i lekką ręką wydać niemałą w sumie kwotę za pełnowymiarowe opakowanie ;)


Co mnie w nim tak bardzo urzekło? Po prostu natychmiastowy efekt. Po pierwsze Montibello Sealed Ends od razu wizualnie poprawia wygląd włosów. Sprawia, że końce są zdecydowanie bardziej miękkie, nie puszą się, błyszczą i są ujarzmione niczym po wizycie u fryzjera. Na dłuższą metę działa równie spektakularnie - używany regularnie sprawia, że końcówki faktycznie mniej się rozdwajają i wymagają rzadszego podcinania. W przypadku podniszczonych włosów sprawia, że wyglądają one na zdrowsze, używany na zdrowe włosy pozwala im utrzymać ten stan zdecydowanie dłużej. Końcówki nie kruszą się, są fajnie nawilżone i zdecydowanie łatwiej się rozczesują.


Treat NaturTech Repair Active Sealed Ends to kolejny kosmetyk Montibello, który mnie w sobie całkowicie rozkochał. Mimo dość wysokiej ceny, uważam że naprawdę jest wart wypróbowania, zwłaszcza, jeśli podobnie jak ja, macie włosy, które lubią się naturalnie kręcić i przesuszać na końcach. Po prostu - jest to mój kolejny mały hit ;)

Jagodowe usta... MAC Rebel Lipstick


W rok 2018 wkroczyłam z przytupem. Nie myślałam, że już na samym początku nastąpią w nim tak duże zmiany, jakie własnie stały się faktem. Nie wchodząc w szczegóły, po dość emocjonujących dwóch tygodniach, powróciłam do świata żywych, a zarazem na bloga, o którego obiecałam sobie w bieżącym roku nieco bardziej zadbać ;) Na dobry początek przychodzę do Was z recenzją szminki MAC, czyli kosmetyku, który przynajmniej teoretycznie powinnam pokochać...


MAC Rebel, bo o niej dziś będzie mowa, to pomadka dostępna w stałej ofercie marki. Jej opakowanie, jest więc dość standardowe - czarne, w kształcie naboju, wytrzymałe i moim zdaniem całkiem eleganckie. Rebel posiada wykończenie typu Satin, bardzo delikatnie błyszczy, nie ma żadnych drobinek. Jest też świetnie napigmentowana i dobrze kryjąca. Nazwa tej szminki, świetnie pasuje do samego koloru - jest on jagodowy, wyrazisty, dość chłodny i z lekkim "pazurem" ;)


Rebel na ustach sprawdza się bardzo dobrze. Ma fajną konsystencję, dzięki której dobrze się rozprowadza, a zarazem ładnie i równomiernie "zjada" ;) Lekko podkreśla suche skórki, niemniej w dość dziwny sposób - miejsca takie wydają się po prostu ciemniejsze, jakby większa ilość pigmentu w nich się osadzała... Sama w sobie nie przesusza ust, a mimo to barwi je niczym porządny stain.



Rebel podoba mi się i to bardzo, ale tylko w teorii. Niestety osobiście nie odnajduję się w takiej kolorystyce i naprawdę nie jestem w stanie wymyślić zbyt wielu okazji, na które mogłabym ją użyć. W efekcie sięgam po nią zazwyczaj... w domu, gdy mam ochotę na małe makijażowe eksperymenty, niekoniecznie przeznaczone dla wzroku otaczających mnie ludzi ;)


Czy polecam - tak, ale tylko jeśli macie pewność, że będziecie dobrze się czuły w takiej kolorystyce. Cena bowiem, jest tu na tyle wysoka, że nie warto raczej inwestować w nią w sytuacji, gdy nie mamy pewności, czy po dwóch-trzech użyciach nie wyląduje w szufladzie (tak jak u mnie ;))


Mimo wszystko, w przypadku Rebel, MAC znów odwalił kawał dobrej roboty, bo choć nie jest zbyt uniwersalna, to z całą pewnością wygląda pięknie ;)

Kosmetyczne buble 2017 roku

W ostatni poniedziałek pisałam Wam o moich ulubieńcach 2017 roku. Dziś przyszła pora na produkty zupełnie przeciwne, czyli na kosmetyczne buble ;)

Na początku od razu zaznaczę, że wśród największych bubli ubiegłego roku, znalazły się dość nieoczywiste produkty. Są to bowiem te kosmetyki, które mimo dobrych opinii znalezionych w internecie, totalnie się u mnie nie sprawdziły, ale też i takie, które zdecydowanie mnie zawiodły, choć obiektywnie można je uznać, za poprawne. Pamiętajcie też, że to, iż coś u mnie się nie sprawdziło, nie oznacza, że komuś innemu dany kosmetyk nie przypadnie do gustu.. ;) W każdym razie, przejdźmy już do wielkiej szóstki... największych porażek zakupowych, jakie w ubiegłym roku poczyniłam.


1. Semilac, UV Gel, 004 Classic Nude - znając lakiery hybrydowe Semilac, i wręcz ubóstwiając niektóre z nich (w tym także bazę, top i olejek do skórek), bardzo zawiodłam się na moim pierwszym, a zarazem raczej jedynym żelu tej marki. Kolor w opakowaniu mnie zauroczył, miałam nadzieję, że będzie nowa "nudziakowa" miłość, a tymczasem... Kolor jest wspaniały, ale cała zabawa z aplikacją mnie pokonała. By uzyskać krycie, bez prześwitów, muszę nałożyć co najmniej dwie warstwy, które w stosunkowo taniej lampie (też Semilac), nie chcą się dobrze utwardzić... Żel lubi bąbelkować, lubi odchodzić od przezroczystej jednofazówki IBD, którą zawsze używam na początku, a do tego nałożony zbyt grubą warstwą lubi wypoziomować krzywą C. Tym samym - jeśli znów skuszę się na jakiś kolorowy żel, to raczej będzie to Modena - z nią takich problemów nie mam.



2. bareMinerals, i.d., Mineral Foundation SPF 15 (w kolorze Fairly Light)  - to produkt, który totalnie nie współgra z moją mieszaną cerą i sprawia, że wolę wyjść totalnie bez makijażu, niż z nim... Na mojej twarzy robi dziwne plamy, warzy się, wchodzi w pory i podkreśla wszystkie nierówności cery (można powiedzieć, że dzięki niemu zauważyłam pierwsze zmarszczki ;)). Mimo wielu prób odnalezienia właściwej metody aplikacji, efekt za każdym razem jest po prostu koszmarny.



3. MAC, Costa Chic Lipstic (Frost) - nigdy nie pomyślałabym, że w gronie bubli umieszczę szminkę MAC, ale jednak muszę.. Costa Chic to moim zdaniem totalna pomyłka, przynajmniej przy moim typie urody i przy moich wymaganiach względem marki. Zupełnie nie podoba mi się jej kolor, który na swatchach prezentuje się fajnie, ale na ustach daje możliwie najbardziej kiczowaty efekt, jaki można sobie wyobrazić. Ma niezbyt lubianą przeze mnie formułę Frost, której wszystkie wady ukazują się w pełni w przypadku tego produktu - podkreśla fakturę ust, jest mocno na nich wyczuwalna, a w dodatku nie powala trwałością.

Moja kolekcja szminek MAC :)


4. La Roche-Posay, Anthelios XL, Żel- krem matujący SPF 50+ - jest totalnym przeciwieństwem  Ultra lekkiego fluidu, o którym pisałam w ulubieńcach roku 2017. Warzy się, jest zdecydowanie zbyt ciemny (nawet na lato), wpada w pomarańczowe tony, nie współpracuje z podkładami, smuży podczas aplikacji, powoduje błyszczenie twarzy... Po prostu - moim zdaniem - tragedia.

Anthelios razy dwa, czyli ulubieniec i... bubel z La Roche-Posay


5. Evree, Pure Neroli, Normalizujący tonik do twarzy - to moim zdaniem bardzo ładnie wyglądający.. potworek. Mimo że jest przeznaczony do cery tłustej z niedoskonałościami, to nie radzi sobie nawet ze skórą mieszaną, bez niedoskonałości. Zostawia lepką warstwę, zaaplikowany przed nałożeniem makijażu, negatywnie wpływa na jego trwałość. Obietnice producenta, że może być używany jako fixer, uznaję za kiepskiej jakości żart. Po prostu, poza ładnym opakowaniem i fajnym zapachem, jest produktem zupełnie nieskutecznym, a wręcz negatywnie działającym.

Bubelek.. Tonik Evree Pure Neroli


6. Kosmetyki Primark - wszystkie, nie tylko płyn ze zdjęcia poniżej ;) Po kilku próbach ze szminkami, cieniami, produktami do brwi etc. tej sieciowej marki, muszę stwierdzić, że po prostu nie warto. Niby produkty te są tanie, ale jakość idealnie odpowiada tu cenie. W Primarku warto jednak zainteresować się akcesoriami - fajne są niektóre pędzle i większość organizerów ;)



I to już chyba wszystko, co chciałam umieścić w tym mocno subiektywnym zestawieniu bubli ;) Dajcie znać, czy używałyście któryś z powyżej opisanych produktów, i czy zgadzacie się z moją oceną ;)