Promocja w Rossmannie. Co kupię? Co polecam? :)

Jak już chyba wszyscy wiedzą, wielkimi krokami zbliża się kolejna promocja -49% w Rossmannie. Dziś więc przedstawię Wam, co mam zamiar podczas niej kupić oraz wskażę kilka produktów, które moim zdaniem są zdecydowanie godne polecenia :)


Zacznijmy od szminek, bo je obejmie pierwszy etap promocji, trwający od 30 września do 5 października. W tej edycji postanowiłam w końcu zainwestować w słynne Rouge Edition Velvet Bourjois. Swego czasu wszyscy dookoła je wychwalali pod niebiosa, ale ja dzielnie się trzymałam... Ostatecznie jednak czuję się przekonana chociażby oceną na wizażu (4,3 na 5). Kolory, na które mam zamiar polować, to 07 Nude-ist oraz 10 Don't pink of it!.
Ciekawią mnie także pomadki z serii Glossy Nude Wibo. Kiedyś całkiem lubiłam się ze słynnymi Eliksirami, więc myślę, że i te mogą mi przypaść do gustu. A jeśli nie, to tragedii nie będzie, biorąc pod uwagę, że ich cena promocyjna nie przekroczy 7 zł ;)


Jeśli chodzi o produkty do oczu, mam w planach zapolować na kilka maskar, w tym na dwójkę moich ulubieńców oraz na jedną, której jeszcze nie miałam okazji poznać ;) Nowością będzie (najprawdopodobniej) Rimmel Wonderfull Volume Colourist Mascara. Z kolei stałymi zakupami pewnie okażą się tusz Eveline Extension Volume oraz maskara Maybelline Lash Sensational. O tych dwóch produktach pisałam Wam TU i TUTAJ :) Wszystkie tusze, kredki oraz cienie do oczu będzie można kupić taniej już od 6 do 11 października.


Ostatni tydzień promocji, obejmujący produkty do twarzy interesuje mnie chyba najbardziej. Dokładniej, powoli przymierzam się do zakupu nowego podkładu, bo te które posiadam, albo zaczynają być już za ciemne, albo też zwyczajnie są na wykończeniu. Przyznaję, że obecnie najbardziej ciekawi mnie podkład niedostępny w Rossmannie, tj. Catrice HD Liquid Coverage, niemniej, jak pewnie niektóre z Was wiedzą, dorwanie go czy to stacjonarnie, czy przez internet, obecnie graniczy z cudem... Zastanawiam się nad zakupem Max Factor Facefinity All Day Flawless, rozważam też nowości od Eveline, tj. podkład Eveline Smooth Matt oraz puder Eveline Face Sensation.


Kuszą mnie także paletki do twarzy Rimmel Kate Sculpting & Highlighting Kit, na które bezskutecznie polowałam podczas ostatniej promocji.


Z produktów, które do tej pory miałam i z którymi naprawdę się polubiłam, mogę Wam w tym miejscu polecić Wibo Fixing Powder (pisałam o nim TUTAJ), Eveline Ideal Cover Full HD (recenzja TU :)) oraz Wibo Diamond Illuminator (w pojedynku z TheBalm Mary-Lou... KLIK).


I to chyba wszystko na co mam ochotę, choć znając życie zakupy ostatecznie będą wyglądały zdecydowanie inaczej, niż sobie planuję ;) A Wy na co macie zamiar polować w najbliższych dniach w Rossmannie? :)

Aromatycznie i naturalnie... Scrub Organic Shop

Przejeżdżając miesiąc temu przez Wrocław, miałam okazję zajrzeć do drogerii Jaśmin i bez większego zastanowienia kupić kilka nieznanych mi wcześniej produktów. Wśród nich był scrub do ciała Organic Shop, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, a w którym obecnie jestem zakochana :)


Foamy Body Polish marki Organic Shop występuje w kilku wersjach zapachowych. Moja wersja to Organic Cane Sugar & Sea Salt, czyli cukier trzcinowy w połączeniu z solą morską. Produkt zamknięty jest w dość przyjemnym dla oka pudełeczku, które niestety sprawia pewne problemy przy otwieraniu mokrymi rękami, a dodatkowo wydaje się raczej mało odporne na uszkodzenia, ze względu na zastosowanie bardzo cienkiego plastiku... 250 gram produktu kosztuje ok. 10 zł, co jest moim zdaniem naprawdę fajną ceną.


Scrub Organic Shop ma gęstą i nieco plastyczną konsystencję, łatwo się go nabiera i aplikuje. Na ciele zmienia się w coś na kształt białej emulsji, którą łatwo rozprowadzić. Jeśli chodzi o siłę zdzierania - jest przyzwoita, poza tym można ją łatwo stopniować. Ilość i wielkość drobin oceniam bardzo dobrze - nie jest ich za mało, nie jest za dużo, a przy tym nie znikają zbyt szybko nawet w kontakcie z wodą.


Jeśli chodzi o efekty, to przede wszystkim produkt ten nie zostawia na skórze tłustej warstwy, a mimo to pozostawia ją wyraźnie gładszą i przyjemnie miękką. Mimo obecności soli, scrub nie szczypie pozostawiony zbyt długo na skórze, ani w żaden sposób nie podrażnia. Dużym plusem produktu jest zapach, w wersji z cukrem trzcinowym - nieco slodki, lekko niedookreślony, ale bardzo przyjemny, który jednak mimo zapewnień producenta nie utrzymuje się zbyt długo na skórze. 


Ogólnie - polecam. Fajny produkt, w dobrej cenie, o przyjemnym zapachu i widocznym działaniu. Gdy go wykończę z pewnością skuszę się na inne wersje zapachowe, a także na musy do ciała Organic Shop, o których ostatnio przeczytałam trochę dobrego... :)

Ulubione pomadki na jesień :)

Rozpoczęła się kalendarzowa jesień. Z tej okazji chciałabym Wam dziś pokazać 6 szminek, które uwielbiam i zamierzam nosić na ustach w trakcie tej pory roku  ;)


Revlon, Mauve It Over - to taki ciemniejszy nudziak, o matowym wykończeniu. Moim zdaniem nie ma w sobie nic z mauve; jest to raczej ciepły odcień różu o wyraźnie brązowych tonach. Szerszą recenzję Mauve It Over zamieściłam dawno dawno temu TUTAJ ;)


KIKO, Smooth Temptation Lipstick - to naprawdę udane (ale chyba już niedostępne?) pomadki, które dają lekko satynowy efekt. Są niezwykle przyjemnie w aplikacji, kremowe, dobrze wyglądają nawet na nieco przesuszonych ustach (mam wrażenie, że lekko nawilżają). Posiadam trzy kolory, z których tu postanowiłam zaprezentować Wam dwa - 04 English Rose, czyli nieco brudny, różowy odcień oraz 06 Rosewood - ciemny, winny kolor, na ustach przypominający mi nieco gorącą mleczną czekoladę ;)


Golden Rose, Velvet Matte 27 - mój najnowszy nabytek, w którym się zakochałam bez pamięci!  Nr 27 jest dla mnie idealnym odcieniem typu my lips but better. Jest to nieco brązowy róż, pięknie napigmentowany, matowy (jak sama nazwa serii wskazuje), który idealnie komponuje się z każdym kolorem powiek ;) Jest trwały i ładnie się "zjada". Wydaje się przy tym idealnym zamiennikiem dla MAC Kinda Sexy.


MAC Patisserie - gdyby ktoś kazał mi wybrać jedną szminkę i pozwolił używać tylko ją do końca moich dni, zdecydowanie wybrałabym właśnie Patisserie. Jest to ładny, dzienny odcień o dość błyszczącym wykończeniu. Po raz kolejny - róż z brązowymi tonami.


KIKO, Kiss Balm, 06 Blackberry - to balsam do ust o fajnym, dającym się stopniować, wyrazistym odcieniu, faktycznie przypominającym jeżynę, a raczej - sok z jeżyn. Bardzo masełkowy, bardzo błyszczący i dość dobrze pielęgnujący stanowi znakomitą alternatywę dla matowych pomadek, które - jak widać powyżej - bardzo lubię nosić jesienną porą ;)


I to by chyba było na tyle w dzisiejszym poście ;) Podzielcie się, po jakie produkty do ust najczęściej sięgacie o tej porze roku? ;)

Od lewej: Revlon Mauve It Over, KIKO 06 Rosewood, KIKO 04 English Rose, Golden Rose Velvet Matte 27, MAC Patisserie, KIKO Kiss Balm 06 Blackberry

Bubelek dla równowagi... ;) KIKO Colour Correction Powder

Ostatnio pisałam Wam o bardzo fajnym produkcie KIKO, dziś dla równowagi będzie o bubelku. Zapraszam na recenzję KIKO Colour Correction Powder.


KIKO Colour Correction Powder to puder mający korygować koloryt skóry, w tym optycznie tuszować zaczerwienienia i przebarwienia. Jest to produkt wypiekany, dość wydajny i raczej nie pylący, zamknięty w prostej, białej plastikowej puderniczce z lusterkiem. Obecnie, w nowej, ulepszonej (?) wersji kosztuje 59 zł za 6,5g (btw. stara wersja miała 9,5g). Ile za niego zapłaciłam - nie pamiętam, ale na pewno mniej, bo złapałam go dość spontanicznie w ramach jakiejś promocji ;)


Puder KIKO łączy w sobie cztery kolory: zieleń, korygującą zaczerwienienia, żółty, rozjaśniający cienie, niebiesko-fioletowy, neutralizujący pomarańczowe tony, korygujący ciemne plamki i "uspokajający" koloryt cery oraz - najbardziej uniwersalny - cielisty odcień. W teorii wszystko wygląda więc pięknie, w praktyce te cztery paseczki zmieszane w całość po prostu bielą skórę. I to bielą okrutnie, zwłaszcza jeśli produkt nałożymy gąbeczką, czy puszkiem. Jako jedyny sprawdza się tu w miarę pędzel tupu kabuki, choć i tak przy aplikacji musimy uważać, by nie zrobić sobie na twarzy białych plam.


Poza bieleniem, które w sumie czasem może być nawet plusem, puder ma dość dużą wadę, a w sumie to nawet i cały zestaw idealnie dający się zaobserwować na mieszanej skórze. Po pierwsze - warzy się w obrębie strefy T i to ze zdumiewającą prędkością. Po drugie - podkreśla suche skórki. Po trzecie raczej nie sprawdza się w kwestii korygowania kolorytu, no chyba że producent miał na myśli tuszowanie rozszerzonych naczynek etc. białymi plamami. Od biedy jakoś daje radę przy temperaturze w okolicach 15-20 stopni, przy tych powyżej 25 zupełnie nie jest w stanie utrzymać podkładu w ryzach, a wręcz powiedziałabym, że dzięki niemu całość szybko spływa z twarzy.


Ogólnie, jak łatwo się domyślić, jestem na nie i raczej nie szybko po raz kolejny sięgnę po jakikolwiek puder z KIKO (miałam/mam trzy różne i w sumie żaden z nich mnie nie zachwycił). Może u kogoś bez żadnych niedoskonałości i przy idealnie zrównoważonej cerze by się sprawdził, niemniej osobom ze skórą tłustą, mieszaną i suchą - odradzam.

Zakupowo... Zamówienie z Douglasa ;)

Moje wyzwanie z TEGO posta padło. To tak słowem wstępu.


Końcem sierpnia postanowiłam sobie, że we wrześniu ograniczę zakupy do minimum i jakimś cudem zmieszczę się w kwocie 100 zł. I szło mi idealnie bodajże do 11 września, kiedy to odkryłam, że na stronie Douglasa trwa promocja "Beauty weekend - rabaty -40%". Z czystej ciekawości zerknęłam na produkty Collistar i przepadłam. Krem o którym myślę od dwóch miesięcy, a który przerażał mnie swoją ceną, został wreszcie przeceniony o 1/3... Cóż było robić... Kliknęłam. Stety/niestety, nie tylko jego.

Z Collistarem moja przygoda nie jest zbyt długa, ale zdecydowanie udana jak do tej pory. Zaczęła się od jakiejś porządnej próbki kremu, który działał u mnie cuda, dając wrażenie naprawdę promiennej, ale i zrazem zmatowionej cery. Po tym doświadczeniu skusiłam się na krem sorbetowy (KLIK!), który pokochałam całym sercem i który sprawił, że naszła mnie ochota na wypróbowanie innego, droższego wariantu z tej samej serii. Ostatecznie moje zamówienie z Douglasa wygląda tak:

Collistar, Anti-Age Balancing Treatment Cream - krem do twarzy;
Collistar, Smoothing Filler Make-up Base - baza pod podkład;
Inglot, HD Freedom System Round - puder prasowany w odcieniu 403.

Wśród gratisów z kolei znalazły się następujące produkty:

Calvin Klein CK2 żel pod prysznic;
Cartier La Panthere Legere EdP (1,5 ml);
Kids Stuff Crazy płyn do kąpieli (30 ml);
Cartier Declaration EdT (1,5ml);
Douglas Colour Card (służąca do określenia tzw. Douglas Color Code, czyli odcienia skóry, do którego automatycznie dopasowywane są odcienie podkładów dostępnych w Douglasie).

Koszt całości ostatecznie dwukrotnie przekroczył moje ambitne plany oszczędnościowe, niemniej mam nadzieję, że nie będę żałować - krem co prawda musi poczekać chwilę na swoją kolej, ale bazę i puder z Inglota mam zamiar przetestować już w najbliższych dniach. Gratisowa karta służąca określeniu koloru idealnego podkładu też pewnie szybko zostanie wykorzystana ;) A realizacja postanowienia... cóż, w kolejnym miesiącu spróbuję jeszcze raz ;)

KIKO Universal Fit - ulubiony podkład ostatnich miesięcy :)

Dziś chciałabym przedstawić Wam produkt, który towarzyszył mi całe wakacje - KIKO Universal Fit Hydrating Foundation.


KIKO Universal Fit to produkt przeznaczony do wszystkich typów skóry, którego głównym zdaniem ma być nawilżenie. Zgodnie z zapewnieniem producenta Universal Fit jest podkładem hipoalergicznym, nie zawierającym parabenów.


Mając skórę mieszaną, nieco ostrożnie podchodziłam do tego produktu, skusiła mnie jednak ocena na wizażu (4,5 na 5) oraz dość niska cena, zwłaszcza w porównaniu do innych podkładów tej samej, mediolańskiej marki (25 zł, przy dobrej promocji można go jednak dorwać nawet za połowę tej ceny).


Podkład zamknięty jest w tubce wykonanej z miękkiego plastiku. Dość dobrze się go dozuje oraz łatwo rozprowadza na skórze (polecam tu po prostu palce, lub ewentualnie beauty blender). Pozwala on na stopniowanie krycia, przy czym już jedna warstwa ładnie ujednolica kolor i maskuje mniejsze niedoskonałości. Universal Fit nie podkreśla porów, pozostawia na skórze lekki, zdrowy błysk, przy czym równocześnie mam wrażenie, że lekko się w nią wchłania (efekt podobny jak przy niektórych kremach bb). Nie warzy się, nie roluje, ani nie ściera nadmiernie, wymaga jednak utrwalenia pudrem.

Po rozprowadzeniu... pieprzyki lekko zakryte już jedną warstwą ;)

KIKO Universal Fit jest produktem wydajnym - wystarczył mi na ponad 3 miesiące niemal codziennego stosowania. Używałam odcień 30 Warm Beige, który posiada ładną, żółtą tonację, ale niestety powoli już staje się dla mnie zbyt ciemny. I w tej ciemności tkwi właśnie największa wada tego kosmetyku - mimo że posiada on 21 odcieni, to wśród nich nie znajdziemy kolorów idealnych dla bladolicych... 


Czy do niego wrócę? Pewnie tak, ale raczej nie wcześniej niż w okolicach kwietnia przyszłego roku ;) Jeśli nie jesteście ekstremalnie blade i macie gdzieś niedaleko siebie stacjonarny sklep KIKO, polecam się do niego udać i przyjrzeć się temu podkładowi - KIKO Universal Fit zdecydowanie wart jest wypróbowania.

Shy Girl.. czyli nowa pomadka MAC w mojej kolekcji :)

Zakup Z Palette zmobilizował mnie w końcu do zdepotowania róży MAC, jakie w ciągu ostatnich 2 lat udało mi się zgromadzić. Opakowania po nich plus słoiczek po ukochanym Painterly (klik) i puderniczka po MIneralize Skinfinish (klik) pozwoliły mi po raz kolejny skorzystać z akcji Back to MAC.


Akcja ta, jak pewnie wiele z Was wie, polega na wymianie sześciu pustych opakowań MAC na dowolną szminkę z ich permanentnej linii. Tym razem mój wybór padł na delikatne cudo o nazwie Shy Girl.


MAC Shy Girl to pomadka o wykończeniu Creamsheen, czyli kremowa i dość kryjąca. Posiada mikroskopijne wręcz drobinki, niezauważalne na ustach, ładnie się błyszczy, nie wysusza, niemniej ma skłonność do podkreślania suchych skórek.

Po lewej - MAC Creme Cup, po prawej - MAC Shy Girl :)

Shy Girl jest pomadką, którą w sumie możemy określić mianem "nude". Nie mamy tu jednak do czynienia z nudziakiem dającym efekt zbliżony do korektora, a z piękną, jasną pomadką o brzoskwiniowych tonach, która świetnie sprawdza się i przy delikatnym i przy mocniejszym makijażu oczu. Daje świeży, dziewczęcy efekt i w sumie obecnie jest moją najczęściej używaną szminką.


Po Shy Girl ostatnio sięgam non stop - moim zdaniem pasuje do pracy, pasuje na randkę, pasuje na wieczorne wyjście z przyjaciółmi... Mam jednak wrażenie, że w okresie zimowym jej lekko brzoskwiniowe nuty będą mnie denerwować. Niemniej na ciepłe dni, takie jak obecnie - jest świetnym wyborem :)


MAC Shy Girl polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Po prostu... po raz kolejny MAC mnie oczarował i   nie mogę się doczekać momentu, gdy znów uda mi się skompletować sześć pustych opakowań... :)