Prawie idealny. Lipowy płyn micelarny Sylveco

Od dłuższego czasu testuję produkty do pielęgnacji twarzy Sylveco. Dziś, jako że kolejny z nich udało mi się "wykończyć", pora na recenzję lipowego płynu micelarnego :)


Sylveco, Lipowy płyn micelarny to produkt hypoalergiczny, przeznaczony do oczyszczania skóry z makijażu. Zamknięty jest w dość wygodnej plastikowej butelce, niesprawiającej większych problemów przy dozowaniu produktu. 200 ml lipowego płynu micelarnego to wydatek rzędu 15-20 zł.


Na temat płynu micelarnego z Sylveco naczytałam się sporo dobrych rzeczy. I faktycznie muszę przyznać, że chociażby jego ocena na KWC (obecnie 4,2), ma swoje uzasadnienie. Produkt ten, jak zresztą zapewnia producent, jest przede wszystkim bardzo delikatny. Myślę, że może być wybawieniem dla osób z wrażliwą skórą, czy skłonnościami do podrażnień, lub reakcji alergicznych. Nie powoduje uczucia ściągnięcia skóry, nie wysusza jej, ale też nie można w jego przypadku liczyć na zauważalne nawilżenie, jest w tej kwestii po prostu neutralny - ani nie szkodzi, ani nie pomaga. Nie zapycha porów, nie powoduje powstawania nowych pryszczy, czy też wągrów, a zarazem nie pozostawia skóry błyszczącej, daje przy tym poczucie odświeżenia. Dobrze radzi sobie ze zmywaniem podkładu, czy lekkiego, dziennego makijażu oczu. Nie powoduje pieczenia podczas zmywania maskary, co moim zdaniem jest naprawdę dużą zaletą.


Żeby jednak nie było jednak zbyt różowo... Zarzucić temu produktowi muszę trzy rzeczy. Przede wszystkim, lipowy płyn micelarny Sylveco jest w moim odczuciu produktem mało wydajnym, przez co jego cena (zwłaszcza, gdy kupujemy w sklepach stacjonarnych) wypada dość średnio. Na ową kiepską wydajność wpływa fakt, że produkt ten zwyczajnie nie radzi sobie z wodoodpornymi maskarami, czy też eyelinerami, a nawet ciemniejszymi cieniami do powiek. Mam wrażenie, że wacik nasączony tym płynem, "nie łapie" niektórych produktów, a raczej rozciera je po twarzy, więc by je zmyć musimy się namęczyć, a przy okazji zużyć dość dużą ilość kosmetyku. No i wreszcie - jego zapach może być dla niektórych nieprzyjemny, zbyt apteczno-ziołowy, przy czym na własnym przykładzie wiem, że da się do niego przyzwyczaić ;)


Ogólnie muszę przyznać, że polubiłam ten produkt. W codziennej pielęgnacji sprawdza się całkiem dobrze, o ile oczywiście ktoś nie jest fanem mocnego podkreślania oczu. Mimo wszystko do niego raczej nie wrócę, skupię się za to na dalszych próbach odnalezienia micela idealnego ;)

Fale Loki Koki. Wrażenia z wizyty i fajna promocja :)

Muszę stwierdzić, że moja wiedza dotycząca profesjonalnych produktów do włosów nie jest zbyt imponująca. To jednak zaczyna się powoli zmieniać ;) W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać miejsce, w którym znajdziecie nie tylko wiele interesujących produktów, ale też możecie się paru fajnych rzeczy dowiedzieć.


Przyznaję, że długo omijałam sklepy Fale, Loki Koki, z kilku prostych względów - obawiałam się wysokich cen, nie znałam kosmetyków, które w tej sieci sklepów można nabyć, i wreszcie -  Fale Loki Koki kojarzyło mi się raczej z zakupami dokonywanymi przez profesjonalnych fryzjerów. Dość długo trwałam w nieświadomości, że Fale Loki Koki, czyli sieć sklepów wywodząca się z firmy Polwell, oferuje swoje produkty także zwykłym klientom detalicznym, takim jak ja ;) W ubiegły weekend, dzięki uprzejmości menagera Fale Loki Koki, miałam okazję odwiedzić jeden z najmłodszych sklepów tej marki, znajdujący się przy ulicy Masarskiej 8 w Krakowie, zaraz obok Galerii Kazimierz.


Zacznijmy może od wrażenia, jakie na mnie zrobił sam sklep. Po pierwsze bardzo rzuciło mi się w oczy, że wszystko w nim jest idealnie poukładane, sensownie pogrupowane, a zarazem  łatwo dostępne - praktycznie każdy produkt możemy wziąć do ręki i na spokojnie przeczytać jego skład oraz przeznaczenie. 



Po drugie, oszalałam widząc sam asortyment, na który składa się chyba wszystko, co możemy sobie wyobrazić, gdy myślimy o profesjonalnej pielęgnacji i stylizacji włosów. W Fale Loki Koki znaleźć można różnorodne akcesoria fryzjerskie, w tym sprzęt elektryczny, taki jak lokówki, różnego rodzaju szczotki (w tym Finger Brush), wałki, oraz oczywiście same kosmetyki, począwszy od ampułek, a na żelach kończąc (btw. wiedziałyście, że istnieje coś takiego, jak żel do włosów w sprayu?).



Z marek, które są dobrze znane, a zarazem dostępne w asortymencie Fale Loki Koki, wymienić należy z pewnością Artego, Multibello, Kemon oraz Davines. Co dla niektórych istotne, w sklepach tych z łatwością możemy znaleźć kosmetyki wegańskie, nie testowane na zwierzętach.



Przyznaję, że jeśli chodzi o sklepy stacjonarne, bardzo ważny jest dla mnie poziom obsługi, to w jaki sposób jestem traktowana przez sprzedawcę, a także to, czy posiada on wiedzę i służy faktycznym, rzetelnym wsparciem przy wyborze produktów. I tu, przyznaję, byłam bardzo miło zaskoczona. Dziewczyny, które pracują w  Fale Loki Koki na Masarskiej, naprawdę zaimponowały mi tym, jak dobrze znają produkty, które sprzedają (a bądźmy szczerzy, to wcale nie jest normą w niektórych sieciowych sklepach).


Pomogły mi dobrać kosmetyki do mojego rodzaju włosów, opowiedziały dokładnie o ich działaniu, ale też wskazały w jaki sposób ich używać i w jakiej ilości dozować. Przy okazji miałam okazję przejść przyspieszony kurs z zakresu dbania o skórę skalpu, dowiedzieć się, jak prawidłowo umyć włosy, jak nakładać wybrane produkty, czy też poznać kilka (nie zawsze oczywistych) powodów, dla których włosy przetłuszczają się u nasady.


Docenić tu też muszę, że podczas rozmowy nie dały mi odczuć, że posiadam pewne braki w wiedzy dotyczącej pielęgnacji włosów. Nie czułam się źle, mimo że nie jestem fryzjerką, czy też w żaden sposób nie jestem powiązana zawodowo z branżą kosmetyczną. Przy okazji swojego pobytu w  Fale Loki Koki, miałam okazję poobserwować, w jaki sposób sprzedawczynie pomagają innym klientów dobrać odpowiednie produkty i powiem tak - chciałabym być tak traktowana w każdym sklepie ;)



Jeśli chodzi o ceny dostępnych w Fale Loki Koki produktów, to powiedzmy sobie szczerze... myślałam że są wyższe ;) Oczywiście są one dość mocno zróżnicowane - przykładowo dostaniemy tam profesjonalne szampony za 80 zł, ale i znajdziemy produkty tego typu w granicach 10-20 zł. W przypadku tych droższych kosmetyków, zostałam poinformowana, że cena jest proporcjonalna do ich wydajności, i faktycznie, już po pierwszych testach widzę, że wystarczy naprawdę  niewielka ilość szamponu Kemon, by dokładnie umyć włosy, czy też by odpowiednio je nawilżyć przy użyciu maski Artego ;) Dodatkowo muszę tu zauważyć, że do zakupów dodawane są próbki kosmetyków (sama zgarnęłam pokaźną garść), co jest bardzo fajne, w końcu możemy je przetestować przed zakupem i nie wydawać pieniędzy „w ciemno”.



Jeśli już jesteśmy przy cenach, mam dla Was bardzo fajną informację :) Pomiędzy 19 a 30 czerwca w Fale Loki Koki obowiązuje specjalna, urodzinowa promocja. W tych dniach wszystkie produkty objęte będą rabatem w wysokości 25%, co w moim odczuciu jest świetnym pretekstem, by poznać bliżej ten sklep i oferowane w nim artykuły. Szczegóły możecie poznać TU, z kolei pełna lista sklepów stacjonarnych dostępna jest pod TYM linkiem :)


Dodatkowo zapraszam Was do polubienia fanpage'a Fale Loki Koki na facebooku - znajdziecie tam m.in. informacje o wszystkich najnowszych promocjach.


Na koniec napiszę jeszcze tylko, że naprawdę polecam wizytę w Fale Loki Koki, nawet jeśli nie jesteście zaznajomione z profesjonalnymi kosmetykami do włosów. Duży wybór produktów i naprawdę przyjazna i pomocna obsługa sprawiają, że chyba nie sposób wyjść stamtąd niezadowolonym ;)


Szminka lalki Barbie? MAC Saint Germain

Czasem  zdarza się, że kosmetyki powszechnie uwielbiane i -zdawałoby się - idealne, zupełnie nie przypadają mi do gustu. Tak też właśnie stało się z bohaterem dzisiejszego wpisu - szminką MAC Saint Germain.


Gdy wrzucicie w youtube'a frazę "favourite MAC lipsticks" z dużą dozą prawdopodobieństwa traficie na multum filmów, w których pojawi się Saint Germain. Pomadka ta posiada kolor, który ewidentnie kojarzy się z lalką Barbie - jasny róż o chłodnej tonacji. W opakowaniu wygląda bardzo ładnie i słodko (może nawet zbyt słodko), na ustach jednak wygląda już mniej fajnie...


Saint Germain pochodzi ze stałej kolekcji MAC, jej opakowanie jest więc typowe dla szminek tej firmy. Wykończenie, z jakim mamy tu do czynienia, to "amplified"; jest ono bardzo kremowe, charakteryzuje się też szaloną pigmentacją. Szminka nakładana prosto z opakowania w zasadzie po jednym pociągnięciu daje w pełni kryjący efekt. Niestety jest przy tym dość problematyczna podczas aplikacji, a zarazem ma skłonność do nieestetycznego rolowania na ustach. Nakładana delikatnie opuszkiem palca lub pędzelkiem, lubi z kolei podkreślać wszelkie nierówności ust, każde załamanie, czy suchą skórkę.


Oglądając zdjęcia i filmiki z Saint Gemain w roli głównej, dziwiłam się nieco, że wszystkie blogerki i vlogerki chwalą ten kolor, zachwycają się nim, podczas gdy ja widziałam tragicznie wręcz nienaturalny róż, gryzący się z każdym kolorem skóry. Myślałam, że może winić należy światło, które zniekształca kolor na tyle, że na zdjęciach/filmach wygląda on zupełnie inaczej niż w rzeczywistości...


Wmówiłam sobie, że właśnie taka jest przyczyna i ostatecznie zamówiłam Saint Germain w ciemno, co obecnie uważam za głupotę. Filmiki i zdjęcia niestety nie kłamały - szminka ta wygląda na ustach tak nienaturalnie, jak to tylko możliwe. Przy moim typie urody daje też niewyobrażalnie kiczowaty efekt. Żeby nie było, że przesadzam, widziały mnie w niej dwie osoby (moja mama i mój facet) i obie zareagowały w sposób podobny, sugerując mi, żebym poszła do łazienki i ją zmyła jak najszybciej. Do szerszego grona ludzi nigdy w niej nie wyszłam i raczej nie wyjdę, no chyba, że przy okazji imprezy halloweenowej...


Podsumowując, ze wszystkich szminek MAC, które posiadam, Saint Germain jest chyba największym niewypałem. Nie odpowiada mi pod względem koloru, ale też zawiodła mnie swoimi właściwościami. Innymi słowy - zdecydowanie jej nie polecam.

Zakupowe i nie tylko... Podsumowanie maja 2017 :)

Zbliżają się wakacje, więc w pracy mam ostatnio mały szał. Z tej okazji postanowiłam połączyć dziś dwa posty w jeden i za jednym zamachem pochwalić się nowymi kosmetycznymi łupami,a zarazem króciutko podsumować ostatni miesiąc na blogu. Zacznijmy jednak od zakupów...


Powstrzymywałam się długo przed wzięciem udziału w majowej promocji Rossmanna na kosmetyki do pielęgnacji twarzy, ostatecznie złamałam się pod sam jej koniec ;) Przyznać muszę, że bardzo podobało mi się wprowadzenie przez tę drogerię pewnych ograniczeń w kwestii zakupów, których może dokonać pojedynczy klient. Obstawiam, że między innymi owe "limity" wpłynęły na fakt, że 30 maja bez trudu znalazłam na półkach wszystkie produkty, które mnie interesowały. A zainteresowały mnie następujące kosmetyki:

Evree, Pure Neroli, Normalizujący tonik do twarzy
Mixa, Optymalna Tolerancja, Płyn micelarny do skóry bardzo wrażliwej i reaktywnej
Bielenda, Super Power Mezo Krem, Aktywny krem korygujący
Bielenda, Super Power Mezo Serum, Aktywne serum korygujące

Dwa z powyższych kosmetyków już używam (tonik oraz serum), pozostała dwójka musi jeszcze chwilę poczekać na zdenkowanie aktualnie wykańczanych przeze mnie kosmetyków ;)


Skoro przy pielęgnacji twarzy jesteśmy, to pokazać Wam muszę kolejny mój zakup, czyli La Roche Posay, Anthelios XL, Ultra lekki fluid do twarzy SPF 50, który udało mi się dorwać w zestawie z dwoma innymi kosmetykami, tj. emulsją po opalaniu Posthelios i kremem Hydreane Legere. Po pierwszych testach - jestem bardzo zadowolona, czuję, że znalazłam nowego faworyta w kategorii ochrony przeciwsłonecznej ;)


W ubiegłym tygodniu miałam okazję odwiedzić sklep Fale Loki Koki, z którego wróciłam z całym zestawem produktów do profesjonalnej pielęgnacji włosów. O mojej wizycie w tym sklepie oraz o fajnej promocji, która będzie miała miejsce niebawem, napiszę Wam w najbliższym czasie :) Tymczasem pochwalę się jedynie, jakie kosmetyki zostały dobrane do moich włosów:

Montibello, Smart Touch 12 w 1, Odżywka w sprayu
Artego, Easy Care, Rain Dance Supreme Mask, Maska intensywnie nawilżająca
Kemon, ACTYVA, Purezza S Shampoo, Szampon przeciwłupieżowy do suchej skóry głowy
Artego, Good Society, Perfect Curl Cream

I na koniec, jeśli jesteśmy przy nowościach, pochwalę się kolejną książką w mojej kosmetycznej biblioteczce. "Sekrety urody Babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji" to całkiem nowa pozycja, swoim tytułem nieco nawiązująca do słynnej już książki o koreańskiej pielęgnacji. Czy będzie równie przydatna i ciekawa? To się okaże, przy czym za lekturę pewnie wezmę się dopiero za jakieś 2-3 tygodnie, gdy skończę dwie inne, zupełnie niezwiązane z kosmetykami książki ;)


W kwestii nowości kosmetycznych, to już chyba wszystko. Pozostaje mi jeszcze w paru słowach podsumować ubiegły miesiąc na blogu. Mówiąc wprost - nie jestem z siebie zbyt zadowolona. Miałam mało czasu i mało inspiracji do tworzenia nowych treści, co zresztą odbiło się też na statystyce. Po drodze miałam też trochę problemów z szablonem bloga, które jednak udało się szczęśliwie rozwiązać. Niemniej, postanowiłam wrócić na dobre tory i w tym miesiącu opublikować nieco więcej... Jak wyjdzie mi realizacja tego postanowienia - zobaczymy już w lipcu ;) Tymczasem zostawiam Was z linkami do wszystkich majowych wpisów i zapraszam do nadrobienia zaległości ;)

1. Blogowe podsumowanie kwietnia 2017 :)
2. Cudo na popękane i spierzchnięte usta. Blistex.
3. Paznokcie ślubne. Garść inspiracji :)
4. Pielęgnacyjny hit Sylveco, czyli tonik hibiskusowy ;)
5. Ananasowo... Semilac Manicure Oil
6. Słońcem muśnięte... Guerlain Terracotta Light
7. Mały przegląd koralowych szminek :)
8. Ulubieńcy kwietnia i maja 2017

Ulubieńcy kwietnia i maja 2017

W kwietniu na blogu nie pojawił się post z ulubieńcami, bo zwyczajnie niektórych produktów nie poznałam jeszcze na tyle dobrze, by je w nim umieścić, a z kolei z innymi nie chciałam się powtarzać ;) Dziś więc przychodzę do Was z garścią mini recenzji ulubionych kosmetyków z dwóch ostatnich miesięcy, czyli kwietnia i maja. Części z uwzględnionych tu produktów poświęciłam już odrębne posty, część jeszcze czeka na opisanie...  Ale nie przedłużając, przejdźmy po prostu do tych kosmetyków, które zasłużyły sobie na wyróżnienie ;)


Blistex Intensive Lip Relief - to produkt, bez którego już nie wyobrażam sobie życia. I wcale tu nie żartuję - spisuje się on u mnie na tyle dobrze, że poszukiwania idealnego balsamu do ust uważam za zamknięte. Jest to swoisty "must have" jeśli macie problemy z pękającymi, czy spierzchniętymi ustami, lub po prostu (tak jak ja) nadużywacie matowych szminek ;)

Recenzja: Cudo na popękane i spierzchnięte usta. Blistex.


Farmona, Herbal Care, Dezodorant do stóp i butów Czarna mięta - to produkt, z którym nie wiązałam zbyt dużych nadziei, a w zasadzie dorzuciłam go do jakiegoś zamówienia internetowego, tylko z uwagi na chęć otrzymania darmowej wysyłki... Zaczęłam go jednak testować i muszę stwierdzić, że naprawdę działa tak, jak powinien, co w przypadku tego typu kosmetyków niestety nie zawsze jest oczywiste. Dezodorant ten jest wydajny, tani i skuteczny. Idealny, gdy macie problem z nadmierną potliwością stóp, lub też chcecie uniknąć uczucia dyskomfortu w trakcie aktywności fizycznej.


MAC, Candy Yum-Yum - to szminka, którą dostałam w prezencie. Przyznaję, że byłam przerażona jej kolorem, tak różnym od moich ukochanych pomadek MAC (Modesty, Patisserie, Shy Girl). Po jakimś czasie jednak nie tylko się do niego przyzwyczaiłam, ale wręcz - zakochałam. Candy Yum-Yum ma świetną formułę - jest mocno napigmentowana i bardzo trwała. Daje matowe wykończenie. Na ustach wygląda nieziemsko, skupia na sobie uwagę, zdecydowanie przyciąga wzrok. Co prawda nie mam śmiałości by nosić ją np. do pracy, niemniej towarzyszyła mi ona praktycznie co weekend oraz przez większość majowego wyjazdu do Danii i Niemiec. Jest piękna i zdecydowanie planujępo nią  często sięgać w czasie zbliżających się wakacji.


Guerlain, Terracotta Light - to produkt, o którym mogę napisać, że jest dobry, a nawet bardzo dobry. Nie uważam go za ideał, niemniej muszę o nim wspomnieć w kontekście ulubieńców, bo w ostatnim czasie sięgam po niego dosłownie codziennie.

Recenzja: Słońcem muśnięte... Guerlain Terracotta Light




KOBO, Fashion Eye Shadow 216 Mocha latte - to cień, który w ostatnich tygodniach zdecydowanie najczęściej gości na moich powiekach. 216 Mocha Latte to bardzo ładny, neutralny cielisty odcień beżu, o delikatnym połysku. Wygląda świetnie solo, wyrównuje koloryt powieki, lekko ją przyciemniając. Bardzo dobrze komponuje się z każdą pomadką o mocniejszym kolorze, m.in. ze wspomnianą wyżej MAC Candy Yum-Yum. Daje naprawdę ładny, naturalny efekt, a przy tym fajny, nienachalny blask. Po prostu go uwielbiam i polecam wszystkim, zwłaszcza że na promocji w Naturze można go dorwać za dosłownie kilka złotych.


Semilac, Manicure Oil - określiłabym jako "drobiazg, który ratuje moje paznokcie". Albo raczej - skórki przy paznokciach. Lubię zapach tej oliwki, wygląd buteleczki, niezbyt duży, ale wygodny pędzelek. Kocham efekty, jakie utrzymują się przy regularnej aplikacji.

Recenzja: Ananasowo... Semilac Manicure Oil



I to by było tyle... Znacie któryś z tych produktów? :)

Mały przegląd koralowych szminek :)

W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać kilka szminek, które łączy jedna rzecz - kolor, a dokładniej - koralowy kolor ;) Nie przedłużając, zapraszam Was do przeczytania krótkich recenzji oraz obejrzenia swatchy poszczególnych pomadek :)


Maybelline, Color Whisper, 430 Coral Ambition - była chyba moją pierwszą koralową pomadką, jaką zakupiłam ;) Bardzo podoba mi się jej kolor, który jest niezwykle delikatny i półtransparentny, lubię ją za to, że nawilża usta i nie podkreśla suchych skórek, ale równocześnie muszę jej zarzucić bardzo kiepską trwałość. Przyznaję, że ten egzemplarz trzymam już niejako z sentymentu i tylko sporadycznie używam, niemniej swego czasu bardzo się lubiłyśmy.


Rimmel, Lasting Finish by Kate Moss, nr 16 - ma bardzo fajny, mocny, a zarazem dość jaskrawy kolor, jest dobrze napigmentowana i łatwa w aplikacji. Jej odcień jest moim zdaniem przepiękny, przy czym muszę stwierdzić, że znacząco róźni się on w zależności od oświetlenia. Czasem na pierwszy plan wychodzą różowe tony, czasem widzę w niej odrobinę pomarańczy... Używam jej jednak niezbyt często, bo strasznie wysusza moje usta. Gdyby nie to, byłaby chyba w ścisłej czołówce ulubionych pomadek.


Revlon, Super Lustrous Lipstick, 674 Coralberry - to pomadka, którą po napisaniu tego posta, wyrzucę do kosza. Czemu? Bo jej nieco pomidorowy odcień sprawia, że wyglądam i czuję się okropnie. Poza tym, średnio podoba mi się jej formuła, pomadka ta pozostawia wiele do życzenia w kwestii pigmentacji i równomiernego krycia. Dodatkowo jest bardzo wyczuwalna na ustach.


MUFE, Rouge Artist Intense nr 38 - mogę opisać jednym słowem - "miłość". Jest to dość jasny, satynowy koral z przewagą różowych tonów. Pięknie się rozprowadza, jest niesamowicie trwała. Na moich ustach możecie ją zobaczyć w poście:

Koralowa nowość w kosmetyczce. MUFE Rouge Artist Intense 38


MUFE, Rouge Artist Intense nr 39 - jest bardzo zbliżona do pomadki nr 38, zwłaszcza pod względem właściwości - jest tak samo genialnie trwała i przyjemna w noszeniu. Różni się nieco kolorem, a dokładniej, ma mniej różowych tonów, a więcej pomarańczowych. Jest w niej coś, co sprawia, że twarz nabiera jakiegoś blasku, po prostu, gdy ją używam, mam wrażenie, że wyglądam na bardziej wypoczętą i promienną, niż jestem w rzeczywistości ;) Nieskromnie muszę tu też zauważyć, że często zbieram za nią komplementy i słyszę pytania o to, co mam na ustach.


MAC, Costa Chic (Frost) - to produkt, który ma liczne grono fanów, ale ja jednak nie umiem się do niej przekonać, z uwagi na jej wykończenie. Nie lubię "frostów" MAC, gdyż dają metaliczny efekt, który bywa lekko kiczowaty... i tak właśnie jest w tym przypadku. Costa Chic wygląda na moich ustach po prostu tandetnie, do tego jakościowo nie jest najlepsza - podkreśla załamania, szybko i nierównomiernie schodzi. To chyba jedna z niewielu szminek MAC, której zupełnie nie mogę polecić.


MAC, Vegas Volt (Amplified) - to szminka, w której bardzo podoba mi się łatwość aplikacji, pigmentacja i trwałość, ale co do której koloru mam pewne zastrzeżenia. Na ustach prezentuje się bardzo fajnie, jest wyrazista, ale (z delikatnym makijażu oczu) wygląda dobrze praktycznie przy każdej okazji. Niemniej mam wrażenie, że sprawia, iż zęby wydają się bardziej żółte niż w rzeczywistości - ma za to u mnie dość duży minus. Sięgam po nią od czasu do czasu, ale zdecydowanie nie jest to moja ulubiona szminka MAC ;)





Na swatchach poszczególne kolory prezentują się następująco - od lewej: Maybelline, Rimmel, Revlon, MUFE 38, MUFE 39, MAC Costa Chic, MAC Vegas Volt.


I to już wszystkie koralowe pomadki w mojej kolekcji. A Wy, lubicie nosić na ustach tego typu kolory?