Dobra maska nawilżająca do włosów. Artego Rain Dance Supreme Mask

Jednym z kosmetyków, które przywiozłam ze sobą z wizyty w sklepie Fale Loki Koki, była maska do włosów Artego z serii Rain Dance. Dziś wreszcie nadeszła pora na jej krótką recenzję ;)


Artego Rain Dance Supreme Mask to kosmetyk profesjonalny, mający za zadanie odżywienie i wzmocnienie włosów włosów. Jej opakowanie stanowi ładna i wygodna w użyciu tubka, wykonana z miękkiego, ale niełamliwego plastiku. Maska Artego ma gęstą, kremową konsystencję oraz naprawdę przyjemny i kobiecy zapach, który utrzymuje się przez pewien czas na włosach. Jej wydajność oceniam na plus, podobnie dobrze spisuje się pod względem łatwości aplikacji - dobrze rozprowadza się na włosach, przy czym jej spłukiwanie nie stanowi również żadnego problemu. Cena tego produktu wynosi ok. 38 zł za 150 ml. Kosmetyki Artego można kupić w sieci sklepów Fale Loki Koki.



Maskę Rain Dance polubiłam od pierwszego użycia. Od samego początku dała bowiem efekt taki, jakiego oczekiwałam - przyjemnie wygładziła włosy oraz sprawiła, że zdecydowanie łatwiej  mi się je rozczesywało. Na dłuższą metę pozytywnie wpłynęła na stan moich włosów, przy jej regularnym stosowaniu są one bowiem miękkie, lśniące i zdecydowanie lepiej nawilżone. A skoro jesteśmy przy kwestii nawilżenia.. Jeśli macie włosy suche na końcach i szybko przetłuszczające się u nasady, to pewnie znacie ten problem, gdy kosmetyk do włosów albo nie nawilża wystarczająco, albo nawilża suche partie, a przy okazji obciąża włosy u nasady. W przypadku tej maski, problem ten, jakimś cudownym sposobem, nie występuje, za co ma u mnie naprawdę duży plus. Kolejną zaletą, o której warto tu wspomnieć jest sam skład maski, znajdziemy w nim bowiem pielęgnujące olejki o działaniu odżywczym, regenerującym i nawilżającym (tsubaki, kameliowy oraz arganowy), a także proteiny jedwabne, nadające włosom miękkość. Co ważne, Rain Dance Supreme Mask nie zawiera szkodliwych PEG-ów oraz parabenów.



Szczerze mówiąc, efekty jakie przynosi maska Artego Rain Dance, nie są może tak spektakularne, jak w przypadku Davines (recenzja), nie jest też tak łatwa w użyciu, jak Montibello Smart Touch (recenzja), niemniej jest moim zdaniem naprawdę bardzo fajnym produktem, w całkiem dobrej, jak na kosmetyki profesjonalne, cenie. Innymi słowy - polecam. Zdecydowanie warto ją wypróbować :)


Stackers. Czyli o pudełeczku, mieszczącym małe skarby ;)

Dziś będzie post, w którym postanowiłam opisać coś, co zarazem mocno cieszy moje oko, jak i świetnie organizuje przestrzeń. Dodatkowo zdecydowanie ułatwia mi życie, a dokładniej - szykowanie się do pracy, czy na różne wyjścia ;) Innymi słowy - postanowiłam pokazać Wam moją szkatułkę na biżuterię Stackers oraz jej zawartość ;)


Na Stackers czaiłam się już od dłuższego czasu. Ta angielska firma specjalizuje się w tworzeniu pudełek do przechowywania i organizacji biżuterii oraz dodatków, takich jak choćby okulary. Odkąd zapałałam miłością do Pandory, poczucie, że muszę jakoś uporządkować swoje błyskotki we mnie narastało, a sam moment kulminacyjny nastąpił jakiś tydzień temu, gdy trafiłam na promocję w sklepie Fabryka Form (w cenie regularnej średni Stackers kosztuje ok 140 zł, za swój zapłaciłam 99 zł).

Wersja, którą wybrałam jest chyba najbardziej optymalna ze wszystkich, ma łącznie 7 przegródek (dwie w formie mocno wydłużonego prostokąta) oraz miejsce na pierścionki. Jej wymiary to 18x25x4 cm. Występuje w różnych wersjach kolorystycznych, do wyboru mamy też dwa rodzaje "obić" wnętrza - welurowe oraz materiałowe.


Zawartość mojego stackersa wygląda obecnie tak, jak zdjęciach. Nadmienię tu może od razu, że już jakiś czas temu postanowiłam sobie odpuścić sztuczną biżuterię i pójść w materiały, które przetrwają znacznie dłużej ;) Celowo więc w szkatułce umieściłam rzeczy wyłącznie ze szlachetnych kruszców, w większości ozdobionych naturalnymi kamieniami. Co więcej, nie znajdziecie tu żadnych pierścionków mających "rodzinny" rodowód; wszystkie są stosunkowo nowe, w większości zakupione przeze mnie (poza pierścionkiem z diamentem z Kruka i naszyjnikiem z różową kulką Essence, które dostałam od mojego TŻ, oraz bransoletką i kilkoma kuleczkami Essence, które dostałam od rodziców i kuzynki na 30. urodziny).



Jak można się domyślić, moim absolutnym hitem wśród marek biżuteryjnych jest Pandora. Z jednym wyjątkiem, wszystkie widoczne charmsy pochodzą właśnie z niej - w prawym dolnym rogu znalazły się elementy Essence, powyżej Moments. W długich, górnnych przegródkach trzymam skęcone bransoletki żmijkowe, poniżej po lewej stronie widać bangle Pandory, która niestety nie do końca pasuje rozmiarem (niemniej pudełko wciąż się łatwo domyka). Duże pierścionki widoczne w lewym, dolnym rogu również pochodzą z Pandory, pozostałe to mieszanina Yes, Apart i Kruka.


Powiem szczerze, że Stackers znacznie ułatwił mi życie. Łatwiej mi znaleźć odpowiednią rzecz, a zarazem... trudniej mi o niektórych zapomnieć, co często miało miejsce, gdy każda z nich leżakowała w innym, małym pudełeczku. Gdybym miała jednak po raz kolejny kupić Stackersa, to z pewnością zdecydowałabym się na wersję wyścieloną zwykłym materiałem, gdyż w tej, którą posiadam, lubią się robić nieestetyczne zagniecenia. Jeśli szukacie fajnego prezentu dla jakiejś kobiety (mamy, siostry, przyjaciółki), to Stackers może się okazać naprawdę dobrym pomysłem ;)


Kosmetyczne kalendarze adwentowe 2017

Do świąt zostało jeszcze trochę czasu, ale listopad to dobry moment na rozpoczęcie kompletowania prezentów - i dla najbliższych, i dla siebie ;) Dawno temu bardzo lubiłam kalendarze adwentowe wypełnione czekoladkami, teraz zdecydowanie bardziej kręcą mnie kosmetyczne kalendarze adwentowe, z których kilka chciałabym Wam zaprezentować w dzisiejszym poście ;)


Powiedzmy sobie wprost - kalendarze te, nie należą do tanich przyjemnostek, niemniej są fajnym pomyslem prezentowym dla kosmetykoholiczek oraz świetną opcją dla osób, które chcą poznać asortyment konkretnej marki. Wszystkie są piękne, wszystkie też szybko się wyprzedają, stąd w poniższym zestawieniu nie znajdziecie kilku perełek, już niedostępnych w sklepach internetowych... ;)



Kalendarz adwentowy Yves Rocher, dostępny tutaj. Cena: 199 zł.


Kalendarz adwentowy Sephora, dostępny tutaj. Cena: 179 zł.


Kalendarz adwentowy L'Occitane, dostępny tutaj. Cena: 219 zł.


Kalendarz adwentowy Rituals, dostępny tutaj. Cena: 259 zł.


Kalendarz adwentowy Douglas, dostępny tutaj. Cena: 139 zł.


Kalendarz adwentowy Ciate, dostępny tutaj (wysyłka do PL darmowa). Cena : 50 £.


Kalendarz adwentowy KIKO, dostępny już niebawem na stronie tej marki.


Kalendarz adwentowy Makeup Revolutiion, dostępny m.in. tutaj.Cena: 142,90 zł


Kalendarz adwentowy W7, dostępny m.in. tutaj.Cena: 79,99 zł


Kalendarz adwentowy Amazon, dostępny tutaj. Cena: 50 £.


I bonus - dla tych mniejszych kobietek, czyli Kalendarz adwentowy z kosmetykami „Kraina lodu”, dostępny tutaj. Cena: 85 zł.


Przyznaję, że z całego tego zestawienia najbardziej kuszą mnie kalendarze Rituals i KIKO - obie te marki znam i lubię, więc wiem, że nie byłabym nimi zawiedziona ;) Największym zaskoczeniem jest dla mnie kalendarz Yves Rocher, który jednak moim zdaniem ma nieco zbyt wysoką cenę, a także kalendarz Amazon, który w sumie stanowi bardzo fajną opcję, zawiera bowiem kosmetyki różnych marek, w tym Rituals i Essie.

A Wam który z nich najbardziej się podoba? ;)

Blogowe podsumowanie października 2017

Gdy się jest gapą, to się za to płaci... Może nie dosłownie, ale powiedzmy, że statystykami bloga na pewno ;) Po ostatnich miesiącach, w trakcie których nie publikowałam na blogu zbyt wiele, postanowiłam się poprawić. Zrobiłam całkiem dużo zdjęć, zgrałam je z pamięci telefonu na przenośny dysk (coby mieć więcej miejsca na audiobooki) i radośnie wyjechałam po raz kolejny do Holandii na tydzień. Bez dysku, który został na biurku. Na szczęście (patrząc z blogowego punktu widzenia) do Polski wracam już niebawem, postaram się więc wtedy znów na poważnie zabrać za blogowanie.


Tymczasem, zostawiam tu tradycyjnie już (choć nieco późno, w końcu pierwszy tydzień listopada już prawie za nami) zestawienie postów z poprzedniego miesiąca. Jeśli macie jakieś zaległości - zapraszam do nadrobienia ;)

Zakupy. Pielęgnacyjnie i biżuteryjnie ;)

Od sierpnia na blogu nie pojawił się żaden haul. Dlaczego? Bo po prostu ostatnio nieco odpuściłam w kwestii zakupów kosmetycznych. Niemniej, z uwagi na to, że niektóre produkty mi się pokończyły (a w zasadzie pokończyły mi się ich zapasy), ostatnio wręcz musiałam kilka rzeczy kupić. I o tym będzie dzisiejszy post ;)


Na początku pochwalę się, że w tym roku nie wpadłam w rossmannowy szał i nie skusiłam się na nic w ramach ostatniej promocji. Po doświadczeniach ubiegłych lat, mam poczucie, że te wielkie wyprzedaże powodują u mnie tylko nagromadzenie kolorówki, której później nie używam. Poza tym jakoś średnio widziały mi się kolejne przepychanki pod szafami, poszukiwania nienapoczętych kosmetyków itp. Równocześnie, odkąd w zamówieniu internetowym natknęłam się na naruszoną paletkę róży (dokładniej - ktoś po prostu sobie zrobił swatche) i tą opcję postanowiłam odpuścić...


Do Rossmanna dotarłam ostatecznie pod koniec ubiegłego tygodnia, a skusiłam się w nim na same niezbędne rzeczy, choć w odsłonach mi dotąd nieznanych. Wpadła do mojego koszyczka kolejna wersja Batiste (zapach, wypróbowany już w domu, oceniam jako średni, ale może się przyzwyczaję), szampon Garnier z zieloną herbatą oraz żel normalizujący do twarzy z serii Liście Manuka Ziaji. Przyznać tu muszę, że maski z tej serii nie polubiłam, ale może z tym produktem będzie inaczej... Zobaczymy.


Uzupełniłam też ostatnio swoje zapasy do "robienia" paznokci. Od dłuższego już czasu sama nakładam sobie żel, najczęściej w dość neutralnych kolorach, w odstawkę poszły natomiast hybrydy. Poza paroma akcesoriami (pilniczki, szablony do przedłużania), skusiłam się na delikatnie różowy żel z IBD oraz dość ciemnego nudziaka Semilac (jego nazwa to - nomen omen - 004 Classic Nude). Do tego dobrałam podstawową wersję topu Semilac, która moim zdaniem sprawdza się świetnie zarówno w połączeniu z hybrydami, jak i żelami.


I w zasadzie, jeśli chodzi o zakupy kosmetyczne ostatnich dwóch (!) miesięcy, to by było na tyle. Żeby jednak nie było zbyt radośnie i zbyt oszczędnie, to zarówno we wrześniu, jak i w paździeniku "popłynęłam" z biżuterią... A dokładnie z biżuterią Pandora. Mój zbiorek charmsów zdecydowanie się rozrósł w ostatnim czasie, trafiło do niego kilka produktów z obecnej kolekcji (granatowe murano, klipsy, domek), jak i kilka starszych perełek, dostępnych jedynie w outlecie Pandory, czy też na różnych grupach, zrzeszających miłośniczki tej biżuterii. Pandorze poświęcić muszę jednak oddzielny post, póki co zostawię tu tylko zdjęcie, prezentujące część mojego "skromnego zbiorku"...


I to już chyba wszystko, jeśli chodzi o zakupy wrześniowo-październikowe.
Trzymajcie się ciepło w te wietrzne i deszczowe dni :)

Halloween. Kilka inspiracji makijażowych ;)

Z okazji zbliżającego się Halloween postanowiłam dziś wrzucić mały post z inspiracjami, a tym samym w jednym miejscu zebrać kilka moich ulubionych propozycji makijażowych, idealnych na tę straaaaszną imprezę ;)


Na wstępie powiedzmy sobie szczerze - propozycje, jakie tu umieściłam, są w większości dość ciężkie do wykonania i wymagają niemałych zdolności. Część z nich jest lekko przerażająca, niektóre moim zdaniem - zachwycające. Zaznaczyć jednak muszę, że w sumie celowo nie pokusiłam się na makijaże "krwawe", mimo że mają one swój specyficzny urok (o ile można użyć tego słowa w takim kontekście). Wszystkie za to są dość kobiece, choć w różnym tego słowa znaczeniu ;)

Zacznijmy jednak od Barbie. Efektownej, a zarazem stosunkowo prostej do zrobienia. Jest ładnie, słodko i... kiczowato. 

Źródło: KLIK

Jeśli do tych przymiotników chcemy dodać jeszcze jedno słowo, czyli "strasznie", można pójść krok dalej i wykonać makijaż inspirowany... lekko roztopioną Barbie.

Źródło: KLIK

Jest też inna wersja inspirowana lalkami, nieco bardziej tradycyjnymi w formie, ale z lekka upiornymi ;)

Źródło: KLIK

Od lalek przejdźmy do bajek. Kolejna propozycja, wywodzi się z jednego z disneyowskich filmów, a dokładniej z "Małej syrenki". O ile wszystkie księżniczki Disneya są dość słodkie, o tyle Urszuli z pewnością nie brakuje charakteru, takiego trochę strasznego, jak na Halloween przystało ;)

Źródło: KLIK

Moim absolutnym hitem, pozornie prostym, a zarazem dość ambitnym, zważywszy na inspiracje "historyczno-sztuczne", jest makijaż nawiązujący do pop-artu i Roya Lichtensteina. Cudo!

Źródło: KLIK

Całkiem dużych umiejętności z pewnością wymaga makijaż ukazujący... dwie twarze. Niby nic strasznego, ale jednak budzi pewien niepokój.

Źródło: KLIK

W kategorii niepokojących, a zarazem sprawiających, że nasz wzrok wariuje, zdecydowanie wygrywa jednak poniższa propozycja. 

Źródło: KLIK

Jeśli jesteśmy przy wszelakich złudzeniach optycznych - oto kolejne mistrzostwo, niestety wymagające naprawdę dużych zdolności.

Źródło: KLIK

I na koniec coś z przymróżeniem oka - łatwe i kolorowe, którego tematu jednak nie opiszę słowami, skojarzenie bowiem nasuwa się samo ;)

Źródło: KLIK

I to już wszystko ;) Która z powyższych propozycji najbardziej Wam się podoba?

Najlepszy puder sypki, jaki znam. Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder

W ostatnim czasie przestał mi towarzyszyć szał makijażowy. W zasadzie ciągle sięgam po sprawdzone produkty, jest więc porządnie i nudno zarazem... I wczoraj właśnie, malując się, doznałam swoistego olśnienia - na blogu wciąż brakuje recenzji kosmetyku, który uważam za moje największe odkrycie bieżącego roku! Dlatego też dziś zapraszam Was na post (albo raczej pean ;)) dotyczący najlepszego pudru sypkiego, jaki znam.


Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder to produkt drogi, ale zarazem pokaźny objętościowo i naprawdę wydajny. Opakowanie, kosztujące w Douglousie 215 zł (obecnie przeceniony jest na 159) zawiera 29 gram produktu, który starcza na naprawdę długo - swój egzemplarz kupiłam na początku marca i przy codziennym użyciu udało mi się wykończyć dopiero połowę. Puder zamknięty jest w dość elegankim i solidnym opakowaniu, dobrze się dozuje, a w zasadzie jedynym minusem, który tu widzę jest brak dołączonej gąbeczki (lub puszka), której przy tej cenie raczej oczekuję.


Puder ten jest bardzo dobrze zmielony i wręcz aksamitny w dotyku. Nie pyli się, dobrze "łapie" włosie pędzla, czy też beauty blendera, którym najczęściej go nakładam. Na twarzy jest faktycznie transparentny, przy czym należy zauważyć, że w żadnym stopniu nie bieli, ani nie rozjaśnia podkładu. Sekret prawdopodobnie tkwi w jego kolorze - w przeciwieństwie do innych pudrów transparentnych, nie jest biały, a lekko beżowy.


Moje pierwsze odczucie po zastosowaniu tego produktu, można wyrazić zdaniem "kurcze, znów utopiłam tyle kasy w bublu". Początkowo bowiem skłaniałam się do aplikacji przy użyciu zwykłego okrągłego pędzla do pudru. Po przeczytaniu kilku internetowych opinii, spróbowałam go nałożyć z wykorzystaniem nawilżonego beauty blendera i oto stał się cud - kosmetyk ten przepięknie stopił się ze skórą i utrwalił podkład na długie godziny.


Za co kocham Loose Setting Powder? Przede wszystkim za efekt, który określiłabym jako bardzo naturalny, a zarazem z lekka "photoshopowy" ;) Puder ten bowiem pięknie wygładza wszelkie zmarszczki mimiczne (jest idealny do utrwalenia korektora pod oczami), optycznie ujednolica skórę i lekko kamufluje niedoskonałości. Trzyma się na mojej mieszanej skórze naprawdę długo i świetnie współpracuje przy tym z większością podkładów, czy kremów bb. Nie wchodzi w pory, nie robi z twarzy "ciasteczka", po prostu daje lekki i świeży efekt.

Jeśli macie problem ze znalezieniem pudru idealnego, to ten polecam Wam z całego serca. Moim zdaniem jest naprawdę wart swojej ceny, która zresztą, jeśli weźmiemy pod uwagę jego wydajność, nie jest już aż tak zaporowa. Podkreślę raz jeszcze - jest to zdecydowanie najlepszy puder sypki, jaki znam.