Kosmetyki z Primarka? Podejście... ostatnie.

Kocham akcesoria kosmetyczne z Primarka. Uważam, że pędzle w nim kupione, mają całkiem dobrą jakość w stosunku do ceny, a i inne kosmetyczne gadżety z tego sklepu  mnie raczej nie zawiodły. Inaczej sprawa się prezentuje w przypadku typowych kosmetyków, zarówno pielęgnacyjnych, jak i tych, zaliczanych do kolorówki. Podejść do nich miałam kilka i za każdym razem nie byłam zadowolona. Postanowiłam jednak spróbować jeszcze raz...


Jakiś czas temu mój wybór padł na PS... Brow Cream, czyli krem do wypełniania brwi w odcieniu Dark Brown. Kosmetyk ten ma dość gęstą i stosunkowo suchą formułę, oraz kiepsko wyglądające opakowanie, niesprawiające jednak większych problemów przy dozowaniu zawartości. Dołączony jest do niego mini pędzelek do brwi, który co prawda precyzyjnie maluje, ale równocześnie jest niewygodny z racji bardzo krótkiego trzonka. Za 12 gram PS... Brow Cream zapłaciłam 2€.


Dużym plusem Brow Cream z Primarka jest jego kolor. Obawiałam się go nieco, zwłaszcza, że w sklepie nie było dostępnych testerów, niemniej już po otwarciu produktu zakochałam się. To jest dokładnie ten odcień brązu, który lubię na swoich brwiach - neutralny, niezbyt ciepły, ale nie mający w sobie też (okrutnie na mnie wyglądających) szarych, bardzo chłodnych tonów. Ciemny, ale nie czarny, pozwalający stopniować nasycenie - kolorystyczny ideał.


I już byłam szczęśliwa, że oto wreszcie znalazłam prawdziwą perełkę, gdy po jakiś 3 godzinach od aplikacji spojrzałam w lusterko. Mówiąc wprost - trwałość tego produktu jest po prostu tragiczna. Kombinowałam z techniką nakładania, różnie przygotowywałam skórę, starałam się nie stosować żadnych olejków na twarz przed aplikacją, próbowałam go utrwalać innymi produktami... I ciągle to samo - brwi albo się rozmazywały, albo tworzyły się miejscowe przetarcia, sprawiające wrażenie, że mam większe lub mniejsze ubytki we włoskach.

Primark PS... Brow Cream idealnie się... rozciera... :/

Podsumowując, chyba się poddaję i już nie będę kombinować z primarkową kolorówką, mimo że niektóre produkty wyglądają zachęcająco. Ceny co prawda nie są wygórowane, jednak za 2€ da się kupić już coś fajnego (choćby czekoladę :P), co sprawi większą radość niż kolejny bubel kosmetyczny .


PS O pozostałych kosmetykach z Primarka, które się u mnie sprawdziły dość średnio, pisałam w tych postach:


Kosmetyki z Primarku? Podejście pierwsze ;)
Bubel ujarzmiony ;) Czyli chusteczki do twarzy z Primarka

Nie tylko na Walentynki... Paznokcie z motywem serca :)

Dziś, z okazji Walentynek, chciałabym się podzielić z Wami garścią inspiracji lakierowych, w których główną rolę odgrywa serce ;) 


Paznokcie te świetnie sprawdzą się przy okazji randek, podczas okazji takich jak ślub, ale i na co dzień, pod warunkiem, że lubicie (i możecie) nosić wzorzyste paznokcie do pracy, czy szkoły. Nie przedłużając - zapraszam do przeglądania, dajcie znać, czy któryś z tych wzorów przypadł Wam do gustu ;)

Źródło: KLIK

Źródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Źródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Źródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Żródło: KLIK

Źródło: KLIK

Źródło: KLIK



I w ramach bonusu... Najprostszy sposób na namalowanie serduszka na paznokciu :)
Źródło: KLIK

P.S. Życzę Wam dużo miłości :)

Przyjemny... bubelek, czyli Avon Exfoliating body scrub

Dziś postanowiłam napisać Wam kilka słów o kosmetyku, który mimo że obiektywnie można uznać za bubel, jakoś przypadł mi do gustu ;)


Avon Senses, Exfoliating body scrub Garden of Eden, bo o nim dziś mowa, ma ładne i wygodne opakowanie, wykonane z miękkiego plastiku. Konsystencja scrubu jest idealna, nie spływa z dłoni, ale nie jest też zbyt gęsta, dzięki czemu łatwo się go rozprowadza. Podoba mi się bardzo różowy kolor produktu i jego zapach - słodki, przyjemny, ale nie pozostający na ciele po zastosowaniu.


Scrub Avon posiada dość duże drobinki peelingujące, których jednakże nie ma zbyt wiele... Dobrze się pieni, jest wydajny, nie pozostawia na skórze tłustej, nieprzyjemnej warstwy. Nie nawilża skóry, ale też nie powoduje jej wysuszenia, ani podrażnienia. Dlaczego więc określiłam go w tytule postu mianem "bubla"? Bo to po prostu zwykły żel z kapsułkami, a nie peeling z prawdziwego zdarzenia. Jeśli szukamy produktu, który dobrze wygładzi skórę i usunie obumarły naskórek, to zdecydowanie nie warto po niego sięgać, inaczej możemy przeżyć niemiłe rozczarowanie. W moim odczuciu jego działanie peelingujące jest bardzo subtelne, naprawdę lekko wyczuwalne, mogące zadowolić jedynie osoby o bardzo delikatnej skórze.


Avon Exfoliating body scrub nie jest może najlepszym zdzierakiem pod słońcem, niemniej muszę przyznać, że stanowi on dla mnie bardzo fajny produkt w codziennej pielęgnacji. Stosuję go jako zwykły żel pod prysznic i w tej formie jestem z niego zadowolona, głównie ze względu na przyjemny zapach. Przyznaję, że pewnie skuszę się na inne produkty z tej linii, zwłaszcza, że zachęcająca jest tu cena (ok. 8 zł za 200 ml).


Dajcie znać, czy lubicie i używacie produktów Avon? Jeśli tak, to polećcie mi coś fajnego, bo przyznaję, że sama nie znam zbyt wiele kosmetyków z tej firmy ;)

Haul... Primark, MAC i nie tylko ;)

Dziś chciałabym Was zaprosić na mały haul, będący niejako zakupowym podsumowaniem stycznia ;)


Jako że większość pierwszego miesiąca 2017 roku spędziłam w Hadze, miałam okazję upolować kilka rzeczy w Primarku. Szczęśliwie trafiłam na naprawdę fajne przeceny :) Do koszyczka wpadły mi:

dwie kosmetyczki - mała różowa i duża granatowa, każda z nich przeceniona na 2€ (z 4 i 5)



niebieska, silikonowa saszetka za 1€ (było 3)


koronkowy miękki stanik (top??), również z wyprzedaży za 1€


koszulka nocna z ładną, koronkową aplikacją (po raz kolejny 1€, a wcześniej było 7)


ciemno zielony sweterek z długimi rękawami, zapinany na guziki (3€, zamiast 8)


Nie są to może największe zakupy, jakie tam kiedykolwiek zrobiłam, niemniej należą zdecydowanie do najtańszych ;)

Zostawmy jednak Primarka, pora na małą spowiedź dotyczącą zakupionych w ostatnim czasie kosmetyków... Również w Hadze, w tamtejszym TkMaxx, udało mi się upolować podkład mineralny Bare Minerals (8€), kupiłam też popularny w holenderskiej blogosferze fixer do makijażu Etos (cena wyleciała mi z głowy, ale chyba ok. 5€). Tuż po powrocie do Polski odwiedziłam moją Biedronkę (która ewidentnie ma charakter wyprzedażowy) i tam skusiłam się na przecenioną szczoteczkę soniczną do zębów - kosztowała całe 8 zł...


W ubiegły weekend miałam okazję odwiedzić Kraków, zajrzałam więc do Natury, której nie ma w moim mieście, oraz do salonu MAC.


W Naturze akurat trafiłam na promocję Vianek i Maybelline, więc uzupełniłam nieco zbiór kosmetyków do pielęgnacji oraz zakupiłam nowy, choć doskonale mi znany i lubiany przeze mnie tusz ;)

Recenzja: Ulubieńcy, ulubieńcy... Lash Sensational Maybelline :)


W MACu wymieniłam kolejną porcję opakowań w ramach programu Back 2 MAC. Tym razem mój wybór padł na naturalną i idealną na co dzień szminkę Modesty :)

I to już wszystko, jeśli chodzi o zakupy w ciągu ostatnich tygodni. Dajcie znać, czy coś wpadło Wam w oko ;)

PS Słyszałyście, że Primark pojawi się w Polsce? :)

Ulubieńcy 2016. Akcesoria kosmetyczne

Dziś wreszcie przychodzę do Was z ostatnim postem dotyczącym ulubieńców 2016 roku. Tym razem pora na moje ukochane akcesoria kosmetyczne :)


Gdy myślę o akcesoriach, które zmieniły organizację moich kosmetyków, jako pierwsze na myśl przychodzą mi palety magnetyczne. Zdecydowanie podbiły one moje serce łatwością z jaką mogę komponować w nich zestawy prasowanych cieni, róży etc., ale też za dużą oszczędność miejsca. Nie skłamię, jeśli powiem, że zdepotowałam chyba większość kolorówki, jaką posiadam ;)

Recenzja: Z Palette, czyli zdecydowany, kosmetyczny hit :)

Z-Palette, od których zaczęła się moja fascynacja paletami...
.... i paletka Freedom Makeup Pro Artist, którą chyba nawet bardziej lubię od Zetek - bo ma lusterko i jest dużo tańsza ;)

Ważnym przełomem w temacie czyszczenia pędzli okazał się zakup silikonowej nakładki Primark Brush Cleaner Tool, praktycznie idealnie imitującej słynne Brushegg. Uwielbiam ją za to, że już nie muszę się męczyć i denerwować myjąc pędzle po podkładzie, czy korektorze - proces ten jest zdecydowanie szybszy, przyjemniejszy i dokładniejszy.

Recenzja: Perełki z Primarka - Make Up Brush Cleaner Tool


Kolejnym ulubieńcem 2016 roku jest Gilette Venus. Jej największą zaletą jest to, że jakimś cudownym sposobem, praktycznie nigdy się nią nie zacinam, mimo że jej ostrza są bardzo ostre. Golarka ta jest bardzo precyzyjna, wkłady wystarczają na długo, paski nawilżające faktycznie działają, a dobrze wyprofilowana rączka i ruchome ostrza sprawiają, że golenie nóg jest szybkie i przyjemne ;) Jej cena może nieco odstraszać, niemniej naprawdę warto ją wypróbować.


Moje serce podbiły też inne akcesoria Primark, a dokładnie owalne pędzle, dostępne w trzech rozmiarach. Najmniejszy z nich świetnie rozprowadza korektor, czy bazę do cieni, średni i duży zamiennie stosuję do nakładania podkładu. Radzą sobie genialnie zarówno z produktami płynnymi, jak i mineralnymi. Pędzle te są stosunkowo tanie, nie gubią włosia, nie drapią, są idealnie gęste, a w sumie ich jedyną wadą jest dostępność w Polsce, a raczej jej brak... Przyznaję, że odkąd je mam, rzadko kiedy sięgam po flat topy Hakuro, czy inne pędzle do podkładu, o bardziej typowym kształcie.


Ostatnim ulubieńcem w kategorii akcesoriów kosmetycznych jest ściereczka do demakijażu Erase Your Face. Świetnie zmywa makijaż twarzy, radzi sobie doskonale nawet z tuszem do rzęs, nie podrażnia skóry. Łatwo się ją czyści, mimo regularnego stosowania (i prania) nic się z nią nie dzieje, działa wciąż tak samo dobrze, jak na samym początku.


I to już jest koniec ulubieńców ubiegłego roku ;) Jeśli nie czytaliście poprzednich części zapraszam TU i TUTAJ. Trzymajcie się :)

Blogowe podsumowanie grudnia 2016 i stycznia 2017 :)

Dwa ostatnie miesiące dosłownie przeleciały mi przed oczami niczym szalone. Ciągle się coś działo, siedzenie do 21 w pracy było przeplatane z wolnymi dniami, były święta, były kolejne dwa wyjazdy do Hagi. I w efekcie zapomniałam podsumować wpisy z grudnia, nie zauważyłam też, że skończył się styczeń ;)


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy pojawiło się kilka recenzji naprawdę fajnych produktów. Opublikowałam wpis z przepisami DIY, przedstawiłam Wam kolor Greenery oraz kilka fajnych propozycji paznokci w stylu negative space. Wreszcie, udało mi się opublikować dwa z trzech postów dotyczących moich ulubionych produktów kosmetycznych minionego roku (ostatni z nich pojawi się jutro - już jest w 90% gotowy ;)).

Zakupowo było całkiem nieźle, dalej się trzymam w ryzach i w zasadzie nie przekraczam zaplanowanych (rozsądnych) kwot, a staram się denkować i denkować...

Nie przedłużając już jednak, zostawiam Was z listą postów i zapraszam do nadrobienia zaległości ;)

Grudzień:

1, Blogowe podsumowanie listopada 2016
2. Ulubieńcy ostatnich miesięcy :)
3. Greenery. Kolor roku 2017 według Pantone
4. I Heart Chocolate i Chocolate Bar. Krótka recenzja i dużo zdjęć porównawczych :)
5. Kolejny hit? Skin79 Animal Mask For Angry Cat
6. MAC - fajna promocja i polecane produkty :)
7. Semilac Vitamin Base. Czy aby na pewno bubel?
8. Sylwestrowo... KIKO Glitter Eyeliner
Styczeń:

Na różowo... Skin79 Pink Energy Eye Gel :)

Produkty Skin79 już od jakiegoś weszły do mojej codziennej pielęgnacji. Dziś przedstawię Wam kolejny z nich :)


Skin79 Pink Energy Eye Gel, bo o nim dziś będzie mowa, przeznaczony jest do stosowania dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Posiada bardzo ładne opakowanie (zwłaszcza jeśli ktoś lubi kolor różowy ;)), i ciekawy aplikator zakończony metalowymi kuleczkami, służącymi do wykonania delikatnego masażu podczas aplikacji. W opakowaniu dostajemy 15 gram produktu za cenę 39 zł (btw. w Douglasie kosmetyk ten jest dwukrotnie droższy, niż na polskiej stronie Skin79 - czemu? nie wiem, zwłaszcza że w przypadku pozostałych kosmetyków tej marki nie ma aż tak dużych rozbierzności).


Żel pod oczy Skin79 ma bardzo lekką formułę, szybko się wchłania, pozostawia skórę lekko błyszczącą i nieznacznie lepką, co jednakże nie wywołuje u mnie większego uczucia dyskomfortu. Aplikacja jest dość przyjemna, kulki się nie zacinają, produkt nakłada się bardzo szybko. W żadnym stopniu nie podrażnia on wrażliwych okolic oczu, dodatkowo należy wspomnieć, że jest praktycznie bezzapachowy, co uważam za duży plus.


Jeśli chodzi o działanie, producent obiecuje nam m.in. niwelację obrzęków. I faktycznie, w kwestii opuchlizny i obrzęków działa całkiem dobrze, zwłaszcza jeśli przed aplikacją potrzymamy go chwilę w lodówce. Poza zmniejszeniem opuchlizny, produkt ten także lekko napina skórę, dając wrażenie zdecydowanie bardziej wypoczętych oczu ;) Poza tym, skóra przy jego regularnym stosowaniu wydaje się gładsza. Jedyne co mogę mu zarzucić, to fakt, że średnio nawilża, jednak w połączeniu z żelem aloesowym tej samej marki problem ten znika.


Pink Energy Eye Gel dobrze nadaje się pod makijaż, nie wpływa na łatwość aplikacji, czy też na trwałość korektora/podkładu. Moim zdaniem, jest to po prostu kolejny, bardzo dobry kosmetyk marki Skin79, zdecydowanie warty przetestowania :)


Lubicie produkty Skin79? Macie wśród nich swoich faworytów? :)