Guarlain, Meteorites Perles - recenzja

19:00 , , 18 Comments



Są produkty sławne, są mniej i bardziej znane, są wreszcie i te, które spokojnie można określić mianem kultowych. Do tej ostatniej grupy zdecydowanie zaliczają się Meteoryty od Guearlain.


Ponad dwa lata temu postanowiłam zobaczyć, na czym polega fenomen tych różnokolorowych kulek. Po kilku podejściach do poszczególnych wariantów kolorystycznych, mój wybór finalnie padł na odcień 02 teint beige (stara wersja, obecnie jej odpowiednikiem byłby najprawdopodobniej 03 Medium). Pierwsze wrażenia ze stosowania słynnych kuleczek były kiepskie - długo siedziałam przed lustrem gapiąc się na swoją twarz i widząc... nic. Przez kilka dobrych dni wściekałam się sama na siebie za ten zakup, a same kulki odstawione smutno na półkę, były dla mnie czymś w rodzaju finansowego wyrzutu sumienia ;) Muszę przyznać, że zastanawiałam się nawet czy nie puścić ich w świat za jakieś symboliczne pieniądze. Po około dwóch miesiącach postanowiłam ich ponownie użyć idąc na chrzciny; po zobaczeniu zdjęć z tej uroczystości byłam zafascynowana!


Dopiero wtedy odkryłam, że meteoryty wygładziły optycznie moją skórę, rozświetliły ją, dały po prostu ten słynny "efekt photoshopa". Od tamtej pory nie ruszam się bez nich na żadną większą, czy mniejszą imprezę, zawsze, gdy zależy mi na wyjątkowo dobrym wyglądzie, stanowią one zwieńczenie mojego makijażu. Z plusów, po dłuższym stosowaniu zauważyłam, że delikatnie przedłużają one trwałość podkładu czy pudru znajdującego się pod nimi, poza tym świetnie rozcierają granice różu, dając ładne, subtelne przejście. Są po prostu wybawieniem, gdy w pośpiechu zaaplikujemy zbyt dużą ilość bronzera, czy innego produktu tego typu.
Moje meteorki pochodzą jeszcze sprzed zmian wprowadzonych w obrębie opakowania (zmienił się nieco kwiatek na  wieczku, oraz wzór na boku pudełka), oraz gramatury - z 30 g zrobiło się 25. Producent twierdzi, że zmianie uległ też sam produkt - kulki mają być teraz mniejsze i bardziej miękkie. Cena obecnie wynosi w polskiej Sephorze 239 zł, ja za swoje we Włoszech zapłaciłam 42 euro.


Poza efektem "wow" widocznym na zdjęciach oraz w świetle naturalnym (w sztucznym, przed lustrem dalej nie widzę różnicy), dużym plusem tego produktu jest jego wysoka wydajność oraz zapach, który moja koleżanka opisała trafnie kilkoma słowami, tj. "tak pachnie luksus". Podsumowując - prawdziwa miłość, aczkolwiek od drugiego spojrzenia ;)


Anna Apolonia

Some say he’s half man half fish, others say he’s more of a seventy/thirty split. Either way he’s a fishy bastard.

18 komentarze: