Opalenizna bez słońca z YR ;)


Nie jestem fanką opalenizny. Nudzę się, leżąc w słońcu, nigdy nie byłam na solarium (nie, bo nie). Czasem jednak mam ochotę podrasować kolor skóry, zwłaszcza późną wiosną, gdy odsłoniętego ciała coraz więcej, a skóra promieniuje piękną bielą... Z reguły zależy mi na dość lekkim efekcie, boję się wszelkich plam, a że raczej nie używam produktów samoopalających zbyt często, łatwo mi osiągnąć wygląd dalmatyńczyka... Dziś chciałabym pokazać Wam dwa kosmetyki, które do tej pory najlepiej się u mnie spisały, dając ładny, naturalny efekt.


Oba produkty, które postanowiłam dziś opisać pochodzą z firmy Yves Rocher, jeden z nich niestety nie jest już chyba obecny w jej asortymencie. Zacznijmy więc może od bardzo dobrze ocenianej na wizażu mgiełki, o której pisałam dawno temu, a która na szczęście dalej jest łatwo dostępna... :)


Mgiełka samoopalająca przeznaczona jest typowo do ciała. Aplikacja jest stosunkowo łatwa - produkt po rozpyleniu po prostu rozprowadzamy dłońmi (swoją drogą, efekt bez rozprowadzenia, po samym spsikaniu, mógłby być co najmniej intrygujący ;)). Konsystencja jest lekko oleista, wchłania się jednak dość szybko, niemniej pozostawia przez dłuższy czas nieprzyjemne wrażenie lepkości. Kolor jest bardzo delikatny, zazwyczaj po pierwszej aplikacji nie zauważam żadnej zmiany w barwie mojej skóry. Efekt po kolejnej aplikacji jest naturalny, kolor zmierza zdecydowanie w kierunku złocistego brązu, pozbawionego pomarańczowych, czy żółtych tonów. Plamy, przyznaję, czasem mi się zdarzają (pośpiech wrogiem aplikacji ;)), jednak ze względu na jej delikatność, nie są zatrważające. Wydajność produktu jest raczej średnia. Zapach - nieco przywodzi na myśl egzotyczne kwiaty, oczywiście podbite wonią typową dla samoopalaczy. Ogólnie - da się go jednak wytrzymać, niektórym może nawet przypaść do gustu ;) Cena regularna to 42 zł za 150 ml, niemniej często da się na tę mgiełkę trafić podczas promocji.


Kolejnym produktem z linii samoopalającej Yves Rocher jest samoopalające mleczko do twarzy i ciała. Na wstępie zaznaczę, że nie widzę już tego produktu na stronie internetowej YR, możliwe że zmienione zostało tylko jego opakowanie, albo po prostu jest on wycofany... Jeśli ma miejsce ta druga opcja, to przyznaję, że trochę mnie to smuci, mleczko bowiem bardziej przypadło mi do gustu, niż poprzedni produkt. Efekt, jaki daje na skórze jest bardziej subtelny od tego dawanego przez mgiełkę. Kolor nie wpada w żadne żółci, czy pomarańcze, można go określić po prostu mianem zdrowego ;) Co dla mnie ważne, w przypadku tego mleczka, wystarczy pamiętać o regularnym wykonywaniu peelingu, by zupełnie nie musieć się bać plam, czy zabrudzeń (no, może z wyjątkiem tych między palcami, jeśli nie umyjemy wystarczająco dokładnie dłoni po aplikacji). Mleczko pachnie podobnie do mgiełki, przy czym odór samoopalacza jest w nim nieco mniej wyczuwalny i pojawia się dopiero po około 2-3 godzinach. Cena, o ile dobrze pamiętam, również wynosiła około 40 zł za 150 ml.


Na koniec jeszcze trzy drobiazgi o których należy zawsze pamiętać podczas aplikacji tego typu produktów:

1. Peelingi - peelingi, peelingi i jeszcze raz peelingi ;) Suchy naskórek wchłania większą ilość kosmetyku, co przekłada się na ciemniejszy odcień... Szczególnie warto uważać na okolice kolan i łokci.

2. Aplikacja - produkt nakładamy od stóp w górę, powoli i starannie wmasowywując w skórę. Nałożony szybko i pobieżnie da piękny plamisto-zaciekowy efekt.

3. Mycie dłoni - po aplikacji należy poświęcić dłuższą chwilę na porządne wyszorowanie rąk, a zwłaszcza przestrzeni między palcami. W przeciwnym razie, nieestetyczne pomarańczowe plamy mamy gwarantowane ;)


Używacie produktów samoopalających? Macie jakieś ulubione? :)

Anna Apolonia

Some say he’s half man half fish, others say he’s more of a seventy/thirty split. Either way he’s a fishy bastard.

9 komentarze: