Żel z Balea - czy warto?


Dziś na blogu postanowiłam umieścić dość krótką recenzję mojego pierwszego żelu pod prysznic z Balea. Czy faktycznie warto na te produkty polować - tego dowiecie się pod koniec postu ;)


Mój żel przyjechał ze mną z Czech w okolicach Nowego Roku, o ile dobrze pamiętam kosztował ok. 0,85 euro przy pojemności 300 ml. Pochodzi on z zimowej kolekcji, w której dostępne były też dwa inne zapachy, tj. Purple Kisses oraz White Passion (o tej dwójce możecie przeczytac u innej blogerki, dokładniej -  TU ;)).


Zel Black Secret naprawdą ładnie pachnie. Jest to zapach dość słodki, lecz niemęczący, przywodzący mi na myśl  śmietankę z dodatkiem pomarańczowego aromatu ;) Zresztą,  jego kolor też jest mocno "jedzeniowy", wyciśnięty przypomina nieco karmel... Zapach tego produktu nie utrzymuje się na ciele, nie rozprzestrzenia się też zbyt mocno po łazience, w zasadzie znika zaraz po spłukaniu wytworzonej z niego piany. 


Jeśli chodzi o właściwości pielęgnacyjne, to coż, po prostu myje, nic wiecej. Na plus - nie ściąga zbyt mocno skóry, ani jej nie przesusza. Pieni się w miarę dobrze, jednak jego wydajność jest raczej średnia, na co pewnie wpływ ma niezbyt gęsta konsystencja.


Przyznać muszę, że nie do końca  rozumiem wielki szał na żele pod prysznic Balea, bo równie udane i tanie produkty znaleźć możemy choćby w Rossmannie ;) Żel, którego używałam, oczywiście nie był zły, niemniej nie uważam za konieczne ściąganie tego typu produktów przez internet (zwł. ze koszty przesyłki mocno zmieniają wyjątkowo fajną cenę wyjściową... no chyba, że robimy na prawdę duże zakupy). Jeśli jeszcze kiedyś zdarzy mi się okazja zawitać do drogerii DM, pewnie skuszę się na jakiś zapach, jednak na chwilę obecną moja chęć wypróbowania ich jest w pełni zaspokojona i raczej nie szybko Balea ponownie zawita pod moim prysznicem ;)

Anna Apolonia

Some say he’s half man half fish, others say he’s more of a seventy/thirty split. Either way he’s a fishy bastard.

14 komentarze: