Anthelios razy dwa, czyli ulubieniec i... bubel z La Roche-Posay

Wreszcie wracam do żywych po ostatniej chorobie. Na dobry początek przychodzę do Was z recenzją dość dziwną, bo zawierającą w sobie dwa produkty, o prawie identycznej nazwie, z których jeden jest moim zdecydowanym hitem, a drugi... zwyczajnym bublem.


Od dłuższego czasu staram się regularnie stosować filtry przeciwsłoneczne, nie tylko latem, ale w ciągu całego roku. Przebrnęłam przez kilka różnych firm, wreszcie trafiając produkty z linii Anthelios XL La Roche-Posay.


Jako pierwszy w moje ręce wpadł Ultra lekki fluid o SPF50+. Przystępując do jego testów spodziewałam się delikatnego krycia, którego jednak w tym przypadku praktycznie nie doświadczyłam. Anthelios w tej wersji okazał się być niemal bezbarwny na skórze, skuteczny pod względem ochrony i naprawdę fajny w aplikacji. Ma on dość wodnistą formułę, jest lekki, rozprowadza się bardzo przyjemnie, szybko wchłaniając,a zarazem pozostawiając wrażenie lekkiego nawilżenia. Nie bieli, nie powoduje wzmożonego świecenia cery, a wręcz lekko ją matuje, sprawia, że wygląda ona po prostu lepiej, nieco satynowo i zdrowo. U mnie sprawdza się świetnie jako baza pod inne produkty, nie wpływa bowiem na ich trwałość, ani na wykończenie. W luźniejsze dni lubię go nakładać solo. Po miesiącu stosowania tej wersji, postanowiłam na wszelki wypadek kupić drugie opakowanie i zabrać ze sobą na wakacje. W ramach testów wrzuciłam do koszyczka inną wersję Antheliosa...


Żel- krem matujący SPF 50+, w przeciwieństwie do Ultra lekkiego fluidu okazał się... potworkiem. O ile w kwestii ochrony przeciwsłonecznej nie mogę mu nic zarzucić, o tyle efekt, jaki daje na skórze jest po prostu straszny. Przede wszystkim produkt ten ma co najmniej dziwną konsystencję, która "ślizga się" po skórze i nie pozwala na ładne rozprowadzenie ani palcami, ani żadnym przedmiotem do tego przeznaczonym. Na twarzy pozostają mało estetyczne smugi, które na dodatek posiadają okrutny, pomarańczowy odcień brązu. Solo wygląda to okropnie, z kolei pod żadne inne produkty zwyczajnie się nie nadaje - sprawia, że podkłady się zwyczajnie warzą i dramatycznie błyszczą. Co do jego właściwości matujących też mam pewne zastrzeżenia - zarówno nałożony samodzielnie, jak i przypudrowany, po dość krótkim czasie zaczyna się błyszczeć i punktowo ścierać. Robi po prostu wszystko to, czego nie powinien.



Jakim cudem oba te produkty pochodzą z tej samej serii? Nie wiem. W każdym razie cieszę się, że zaczęłam swoją przygodę od Ultra lekkiego fluidu, gdybym bowiem najpierw trafiła na Żel-krem matujący, pozostałe Antheliosy przekreśliłabym z góry. Mimo że jeden z omawianych produktów stał się dla mnie zdecydowanym ulubieńcem w kategorii kosmetyków przeciwsłonecznych, myślę, że po raz kolejny nie podejmę ryzyka i na inne kosmetyki z tej serii się nie skuszę, zwłaszcza, że wszystkie Antheliosy mają ceny zaczynające się od około 60 zł. A to dużo za dużo, by ryzykować kolejnego bubla.

Anna Apolonia

Some say he’s half man half fish, others say he’s more of a seventy/thirty split. Either way he’s a fishy bastard.

0 komentarze: